Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty
5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić na wiosnę

5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić na wiosnę

Mamy właśnie środek wiosny, więc w sam raz, aby napisać parę sów o tym, co każda książkara, powinna zrobić wiosną, bo czasem warto się ruszyć i porobić coś jeszcze. Co prawda miałam już to wrzucić w kwietniu, ale jakoś ten czas uciekał.


1. Odkurzyć książki.
Widzisz tę stertę kurzu, która się zbiera na Twoich książkach? A może na półce (lub półkach) leżą jakieś niepotrzebne rzeczy? Wiosna to czas wiosennych porządków, więc warto zadbać też o nasze papierowe przyjaciółki.
2. Zrobić porządek w biblioteczce i pozbyć się książek, które są niepotrzebne.
Skoro już odkurzamy te książki, to może warto przeprowadzić zmiany w biblioteczce? Przeorganizować ją albo nawet pozbyć się części z tomów, które tam zalegają? Umówmy się szczerze, większości nie przeczytasz ponownie, a część z tych książek pewnie nawet Ci się nie spodobała, prawda? Warto je oddać albo sprzedać, aby mieć miejsce oraz pieniądze na nowe książki. Sama raz na jakiś czas robię taką selekcję książek: zostawiam te, które mi się bardzo podobały, które mają dla mnie jakieś znaczenie, czy wiem, że przeczytam jej ponownie, ewentualnie bardzo mi się podobają wizualnie. Zawsze mam jakiś inny powód niż tylko chęć posiadania kolejnej książki.

Autoreklama: zapraszam na mój Vinted, mam tam parę książek, a na dniach pojawią się pewnie kolejne! Link na pasku u góry strony :) 


3. Poczytać na dworze
Przyznaję się, że to jeszcze przede mną, ale warto wyjść i poczytać na balkonie, na ławce w parku, czy w ogródku. Gdziekolwiek, ale na zewnątrz. Przez całą zimę i pewnie jesień, byliśmy zamknięci w domach z powodu zimna (nie wspomnę o tych pandemicznych latach, gdzie też siedzieliśmy w domu), więc wyjście na świeże powietrze, zawsze będzie dobrym pomysłem.
4. Zrobić wiosenną sesję książce
Bo dlaczego nie? Weź jakąś książkę i zrób jej parę zdjęć, pokombinuj z kompozycją. Zdjęcia książek zawsze cieszą oczy.
5. Odwiedzić jakieś fajne, książkowe miejsce
Wspomniałam o wychodzeniu na zewnątrz, bo wiosna w ogóle sprzyja wychodzeniu. Jeśli nie lubisz jednak siedzieć na dworze, to może warto odwiedzić jakieś ciekawe książkowe miejsce? Po całej Polsce są rozsiane różne knajpki związane z literaturą, więc jeśli coś znajduje się blisko Ciebie, to może warto tam zajrzeć?

A według Ciebie, co każda książkara powinna zrobić na wiosnę? 
7 pomysłów na prezent dla Mamy

7 pomysłów na prezent dla Mamy

Nieubłagalnie zbliża się Dzień Matki, pewnie zresztą o tym wiesz, bo zewsząd są reklamy dotyczące tego, co jest idealne na prezent z tej wyjątkowej okazji.  A tak się składa, że tym idealnym prezentem, może być tak naprawdę wszystko (no prawie, nie zaryzykowałabym przyborów kuchennych i czegoś do sprzątania xd) ale najważniejsze, aby trafić w gust swojej mamy. Dzisiaj pokażę Ci kilka pomysłów na to, co może być prezentem: te oczywiste i takie mniej oczywiste.  Kolejność losowa ;) 



Kwiaty - cięte lub doniczkowe, zależy, czy Twoja mama ma tzw. "rękę do roślin'', bo niestety nie każdy posiada ten dar. (Ja na przykład nie, każdą roślinę potrafię zabić!). Jednak jeśli tak, to śmiało możesz wybrać jakiś doniczkowy, który zostanie na dłużej i na pewno będzie o Tobie przypominać. Mogę też być cięte, ale trzeba liczyć się z tym, że zaraz zostaną wyrzucone.

Książka - jeżeli Twoja mama czasem sięga po jakieś książki, to dobra powieść będzie w sam raz, ale zrób najpierw rozeznanie, aby trafić w jej czytelniczy gust. Fajna może też być jakaś książka kucharska, albo inny poradnik (spróbuj przypomnieć sobie, czy Twoja mama nie mówiła, że jakiejś potrzebuje ;) ).

Perfumy - to również będzie trochę oklepane i może nieco kontrowersyjne, ponieważ niektórzy uważają, że kupowanie perfum i ogólnie kosmetyków, jest nietaktem, bo może sugerować, że dana osoba o siebie nie dba. Uważam inaczej. Mama jest kimś bliskim, więc widzisz się z nią często i na pewno wiesz, mniej więcej, jakich perfum używa, a na podstawie tego możesz dobrać zapach, który trafi w jej gust. Albo kupić jej kolejny flakonik jej ulubionych. 

Przerwa na reklamę! Z mojego linku możesz kupić perfumy inspirowane drogimi markami (Chanel, Dior, Gucci, YSL i inne) już 10% taniej! Kliknij i sprawdź! Zawsze też możesz napisać do mnie na instagramie, a wskaże które są odpowiednikami których ;)

Dobre wino - wino, bądź inny alkohol, likier, nalewka, a może jakiś trunek domowej roboty? W Internecie jest mnóstwo przepisów na przeróżne likiery (np z białej czekolady) i nalewki, które nie potrzebują długiego czasu przygotowania. Albo po prostu idź do sklepu i kup jakieś fajne wino.

Sesja zdjęciowa - tym razem coś nietypowego, ponieważ możesz swojej mamie podarować... sesję zdjęciową! Zależy też od charakteru Twojej mamy: może to być fajna sesja kobieca w studio, albo plenerowa w jakimś fajnym miejscu. Może to być sesja tylko dla niej, albo rodzinna: rodzice + dzieci i połączyć to z prezentem na Dzień Ojca. Można też zrobić fajne zdjęcie pokoleniowe. 

PS: Mazowieckie (Sochaczew, Warszawa, Płock, Płońsk, Żyrardów i okolice), oraz łódzkie (Łowicz, Skierniewice i okolice) jestem w stanie wykonać taką okazyjną sesję w plenerze, bądź fotografię pokoleniową :)
Fotoksiążka, zdjęcia, fotoobraz itp. - to poniekąd łączy się z poprzednim punktem, ale jeżeli masz jakieś fajne zdjęcia, możesz je wywołać i dać mamie w ramkę, albo zamówić fajny obraz ze zdjęciem do powieszenia na ścianie. Może to też być foto książka, która jest świetnym nośnikiem wspomnień, albo ręcznie wyklejany album ze zdjęciami. PROTIP: Teraz w tego typu miejscach, gdzie robią takie rzeczy, mogą być promocje na książki, ponieważ o tej porze zamawiają szkoły ;) Wierz mi, wiem co mówię ;)

Bukiet/skrzynka słodkości to już mój ostatni pomysł. Można wziąć fajne pudełko i stworzyć takiego boxa z ulubionymi słodkościami mamy. Albo można zrobić z nich jakiś bukiet, czy kompozycję przypominającą tort. Polecam przejrzeć pinteresta!


Jeśli jeszcze nie masz pomysłu, mam nadzieję, że ten post choć trochę Cię zainspiruje do działania.

A Ty masz już pomysł, co podarujesz swojej mamie?


Pisarskie błędy, które kiedyś popełniałam

Pisarskie błędy, które kiedyś popełniałam

Mówiłam, że chciałabym tutaj pisać również trochę o moim pisaniu, więc podzielę się tym, czego najlepiej nie robić. Czyli jak w tytule, pisarskie błędy, które kiedyś popełniałam; jak każdy, kto z czymś zaczyna i nie bierze się za daną rzecz na poważnie. Pisanie było dla mnie tylko zabawą, odskocznią i w zasadzie nadal tak jest, ale teraz potrafię na to spojrzeć trzeźwiejszym okiem i staram się, aby to, co robię, miało ręce i nogi. No, miałam tez częściej dodawać posty tutaj, ale zajęłam się… pisaniem xD

Wszystkie te błędy (nie mówiąc już o tych ortograficznych, interpunkcyjnych i gramatycznych) zaobserwowałam w swoim pierwszym fanfiku o Harrym Potterze, którego już nie można znaleźć w przestrzeni internetów, choć sądzę, że w początkowych rozdziałach tych, które obecnie publikuję, również mogłyby się takie kwiatki znaleźć. 

Stosowanie wszelkich skrótów - to byłam moja zmora i ogromne lenistwo. I nie chodzi mi tutaj o skróty typu; etc, tzn. czy inne, które są po prostu powszechnie używane w piśmie i dopuszczalne. Raczej o takie, które w porządnym opowiadaniu istnieć nie powinny. Na przykład zamiast napisać Lord Voldemort, to pisałam LV i z wieloma postaciami tak robiłam i nazwami miejsc. Zamiast Wielka Sala, pisałam WS, zamiast Dwór Malfoyów, DM i miałam naprawdę całą rzeszę czegoś takiego. 

Wszystkie postacie tworzone na jedno kopyto - no naprawdę. Każda postać była praktycznie taka sama, no różnili się kolorem ocz i włosów. Nie zastanawiałam się nad tym, co ich ukształtowało, albo jak powinni reagować, skoro mają dane cechy charakteru. Moje postacie były bez barwne, takie same i po prostu nudne. 

Zbytnie wzorowanie postaci na swoich znajomych i rodzinie - tak, bardzo w swoich pierwszych tekstach wzorowałam postacie, zwłaszcza wygląd na swoich znajomych, bliskich albo brałam podobne imiona. No co tu wiele mówić.

Naginanie praw fizyki ciemny blask itp. Tak wiem, pisze to na blogu Czarne Światło do tej pory mi to zostało, ale dawniej właśnie wymyślałam, że coś świeciło na czarno. 

Zbytnie inspirowanie się innymi - bardziej nieświadome, bo jak coś wymyśliłam, to nie zastanawiałam się, czy czegoś już gdzieś nie widziałam.

Brak wszelkiej logiki - nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego coś się dzieje. Wszystko było na zasadzie "bo tak" a kanon zmarł, zakopał się i w głowie przewracał. 

Nieregularność w pisaniu - to tyczy się zarówno pisania blogów, jak i rozdziałów. Nadal czasem mam z tym problem, ale staram się walczyć.

To chyba są takie najpoważniejsze błędy pisarskie, które popełniałam. Teraz, gdy pisze już bardziej świadomie, jestem pewna że również jakieś robię, ale już na pewno nie takie kardynalne, jak te wyżej. Mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się napisać podobny tekst, gdzie będę w stanie wymienić błędy, które robię obecnie w momencie, kiedy już nie będę ich popełniała. 

Wrażenia po pierwszym ślubie jako fotograf + moje błędy.

Wrażenia po pierwszym ślubie jako fotograf + moje błędy.

Te październikowe dni mi lecą jeden za drugim i nie mogę się jakoś zebrać, aby usiąść i cos tutaj dodać, bo naprawdę mi one uciekają. Jednak wydarzyło się coś, czego zdecydowanie pominąć nie mogę i o tym dzisiaj opowiem. Ostatnio miałam przyjemność uwieczniać uroczystość ślubu Asi i Rafała, za co byłam im bardzo wdzięczna, że dali mi taką możliwość, ponieważ nie każdy chce zaufać osobie bez doświadczenia w temacie i bez portfolio ślubnego.

Tak, to byłam ja. 

Co zabawniejsze, na samiutkim początku swojej drogi fotograficznej w celach zarobkowych (czyli ponad rok temu), twierdziłam, że absolutnie nie pójdę w śluby. Uważałam, że to jednak duża odpowiedzialność, że sobie nie poradzę, oraz że to jest masę pracy, w którą niekoniecznie chcę się bawić.

Sęk w tym, że ja naprawdę lubię wesela. A nawet uwielbiam. Uważam, że mają swój unikalny klimat, którego żadna inna impreza nie jest w stanie oddać. I mówię tutaj o takim prawdziwym weselu z zespołem, z oczepinami i inne takie, które towarzyszą tylko wtedy. Być może niektórzy teraz uznają to za żenujące, czy ogólnie niefajne, negatywne. Nieważne, mi to się naprawdę podoba.

Nadal jednak uważam, że to ogromna odpowiedzialność i mnóstwo pracy, ale zmieniło się nieco moje nastawienie, bo już nie twierdzę, że do tego się nie nadaję. Choć nigdy nie byłam na ślubie, jako fotograf (chciałam iść jako drugi w zeszłym roku, ale nie wyszło), to przez te miesiące zebrałam doświadczenie w reportażu

O dziwo nie denerwowałam się tak mocno, jak mi się wydawało, że powinnam. Wcześniej nerwy zjadały mnie bardziej, czy sobie poradzę, albo czy nie przegapię jakiegoś ważnego elementu. W dniu ślubu tak naprawdę cały stres zszedł i gdzieś uleciał, a ja wiedziałam, że muszę po prostu być dobrym obserwatorem i słuchać tego, co się dzieje wokół.

Tak naprawdę do samej ceremonii podeszłam tak, jak do chrztu, a akurat tutaj mogę śmiało powiedzieć, że mam już doświadczenie. Sam reportaż nie jest mi obcy, o czym już wspomniałam wyżej. O wiele bardziej denerwowałam się sesją plenerową, którą dzisiaj wykonywałam, bo nadal mam problem z ustawianiem ludzi do zdjęć i nie czuję się jeszcze tak pewnie na tym polu, jak bym chciała. W reportażu nie musze tego robić, po prostu dokumentuje to, co się dzieje. 

Nie było jednak tak kolorowo, jakbym chciała i popełniłam kilka rzeczy, których wolałabym, aby się nie zdarzyły.



Błędy, które popełniłam

Na całe szczęście nie zrobiłam niczego bardzo złego, nie odwaliłam, żadnej dziwnej akcji, ale zdarzyły mi  się trzy takie małe wtopy. 

Pierwsza mogła by się wydawać banalna; źle zaparkowałam samochód pod kościołem i potem miałam problem wyjechać i musiałam przepuścić większość gości. Przez to zrobiłam coś, co nie powinno mieć miejsca, byłam daleko za młodymi i nie udało mi się uchwycić jednej bramki, ponieważ nie zdążyłam tam dotrzeć.  

Druga rzecz, też nie powinna się była zdarzyć i to już była kwestia trochę mojego zapominalstwa, oraz troszkę tego, że nie przemyślałam sprawy. Nie zrobiliśmy zdjęcia grupowego. Później zdałam sobie sprawę, że powinno być ono na początku, kiedy goście są jeszcze trzeźwi, oraz jest jasno, a akurat przed salą była taka możliwość, bo był całkiem ładny teren wokół. Nie przemyślałam tego, bo zazwyczaj na chrztach grupowe robiłam na końcu, a tutaj to by nie wypaliło, bo sala była mała, więc w środku tak średnio, a na zewnątrz ciemno i nie byłam na 100% pewna, czy by lampa dała radę, a zresztą goście też już byli w różnym stanie, więc to też troszkę nie tak.

Teraz coś błahego, ale dopiero w trakcie przeglądania materiału, ogarnęłam, że nie zrobiłam z bliska zdjęcia bochna chleba, gdy panie z remizy stały w drzwiach, aby za chwilę powitać Młodych. Skupiłam się bardziej na samej parze. Oczywiście mam go uchwycony na zdjęciach, choćby z tych z powitania Pary Młodej, ale jednak myślę, że powinnam jeszcze taki kadr wykonać.

Więcej porażek nie pamiętam, wszystkich zdecydowanie żałuję.

Czy było coś, co mnie zaskoczyło tego dnia?

Życzenia. Nie sam fakt ich bytu, ale to, że tak naprawdę wtedy trzeba było cały czas pstrykać. Na weselu nie było kamerzysty, więc to ja musiałam wszystko uwiecznić i życzenia okazały się dosyć dynamicznym i wymagającym momentem. Chyba nic więcej mnie nie zaskoczyło, aczkolwiek wcześniej przeczytałam i obejrzałam mnóstwo poradników dotyczącej fotografii ślubnej. Chciałam być przygotowana na każdą ewentualnosć.

Mimo wszystko jestem naprawdę dumna z tego reportażu i wykonałam mnóstwo zdjęć, o wiele więcej, niż się umawialiśmy. Zawsze podczas selekcji usuwam te nieostre i nieudane kadry i zostawiam te, które uważam za zajebiste i bardzo dobre i jeszcze tylko te dobre, tak na wszelki wypadek, aby mieć z czego wybrać. Tutaj mogę pozwolić sobie, aby te dobre po prostu odrzucać, bo mam tak dużo materiału. 

Kwestie techniczne

Na ślub poszłam z dwoma aparatami. Główny to Canon 60d, którym fotografuję od kilku miesięcy, a podpięty na nim miałam obiektyw Canon 35 mm i większa połowę wesela robiłam właśnie tym obiektywem. Do niego miałam także lampę reporterską Yongnuo, modelu nie pamiętam, w każdym razie wiem, że trochę przepłaciłam, gdy ją kupowałam, bo wszystko i tak ustawiam manualnie i żadne tryby TTL i inne, które posiada, tak naprawdę nie są mi potrzebne. Drugi aparat to mój poczciwy Canon 1200d, do którego miałam podpiętego... KITa. Tak. Zabrałam go, bo pomyślałam, że przyda mi się do zdjęcia grupowego (którego nie zrobiłam) oraz dlatego, że nie wiedziałam, jak jest w kościele, bo nie udało mi się tego wcześniej sprawdzić. Wiedziałam także, że 35tka będzie za ciasna podczas błogosławieństwa. No i nauczona tez doświadczeniem, aby zawsze go ze sobą mieć w przypadku małej sali. Wesele nie było wielkie, odbywało się w remizy, więc sala też nie była dużych rozmiarów i bardzo dużo fotografii wykonałam właśnie KITem, który całkiem sobie poradził.

W kościele fotografowałam na dwa aparaty, aby nie przełączać obiektywów, zresztą, nie miałam na to czasu. To nauczyło mnie, że jeśli będę miała więcej ślubów, to koniecznie muszę kupić sobie szelki fotograficzne. Jednak Polak potrafi, jak chcę to mogę być kreatywna i ich brak mi aż tak nie zawadzał, bo wspomagający aparat przymocowałam do... paska, który miałam zapięty w talii. Swoją drogą musze chyba zrobić post o tego typu ciekawych rozwiązaniach "bieda-fotografa", bo jest tego więcej XD. To też mnie utwierdza w przekonaniu, że potrzebuję sobie kupić zooma, ale ten, który chcę, jest w cholerę drogi. Pięćdziesiątki nie podpinałam, bo nie ufam temu autofokusowi tam, więc nie chciałam ryzykować.

Na sali już nosiłam tylko jeden aparat, ponieważ drugi wiszący wzdłuż ciała przeszkadzał mi lawirować pomiędzy tańczącymi, bo musiałam na niego uważać. Jeśli potrzebowałam to po prostu zmieniałam obiektyw.

Fotografowałam przede wszystkim na trybie manualnym, gdzieś tam w którymś momencie pamiętam, że włączyłam ten półautomatyczny, ale to na chwilę. Pracowałam z lampą błyskową, więc musiał być manual. Jednak body wspomagające miałam później ustawione na automacie, ponieważ był moment, że mogłabym nie zdążyć zmienić ustawie i nie chciałam ryzykować; chodzi o wyjście z kościoła.

To chyba byłoby na tyle. Tutaj tylko kilka zdjęć obrobionych na szybko, ale część reportażu pewnie tutaj wrzucę, a jak nie, to będzie na fejsie, więc podlinkuję. Tak, jak i sesji plenerowej, która też całkiem nieźle wyszła!

Póki, co zapraszam też na mojego Tik Toka; czarne_światło gdzie już wisi sklejka z tego dnia!

EKO TRIKI, czyli organizacja domu z ponownym wykorzystaniem produktów

EKO TRIKI, czyli organizacja domu z ponownym wykorzystaniem produktów

 Nie jestem jakaś ześwirowana na punkcie ekologii i całej tej otoczki, ale nie lubię niczego wyrzucać, ani marnować, bo uważam, że zawsze do czegoś się przyda. Ponowne wykorzystanie produktów pobudza również naszą kreatywność, a także sprawia, że oszczędzamy. Jak ja sobie z tym radzę? Oto kilka moich trików, które stosuję i nie marnuję rzeczy.

Ponowne wykorzystanie pudełek po Oriflame

Czasami zamawiam coś z Oriflame dla siebie, mamy, czy znajomych, ale nigdy nie jest tego dużo i zamówienie zawsze przychodzi mi w takich fajnych pudełkach; nie za wielkich, nie za małych. Po obcięciu skrzydełek świetnie sprawdzają się jako organizery na leki, na kasze i strączki, oraz na chemię, której nie mam gdzie trzymać z racji prawie braku szafek w łazience.

Plastiki po warzywach jako "koszyczki"

Czasami zdarza mi się kupić warzywa w plastikach, bo te porcje są dla mnie takie w sam raz. Nie wyrzuciłam ani jednego, tylko je zbierałam, bo miałam świadomość, że znajdę dla nich zastosowanie i rzeczywiście tak było. Każdy z nas ma taką szufladę, w która żyje własnym życiem. Nie kłam, na pewno. Też taką miałam, a te pojemniki wykorzystałam właśnie po to, aby trochę ją zorganizować. Podzieliłam rzeczy na kilka kategorii i je w nich ułożyłam.

Słoiki, nadprogramowe kubki i pudełko po butach na kosmetyki

Nie mam żadnego kuferka, czy innego organizera na kosmetyki, a trochę ich się zebrało, choć widząc po internetach ile tych malowideł mają inne dziewczyny, to ja mam zaledwie procent tego, co one, ale i tak zajmują więcej miejsca, niż bym chciała, Znalazłam na nie lokalizację na szafce na buty, tylko dlatego, że stoi blisko lustra, co ułatwia mi szpachlowanie twarzy malowanie się. Pędzle trzymam w słoiku. Mam zbędne kubki, wolę pić w szklankach, dlatego wykorzystuję je na organizery do moich eyelinerów oraz pomadek, bo to są produkty, których mam najwięcej. Natomiast resztę kosmetyków; podkład, palety do cieni i inne takie trzymam w pudełku po butach. 

Reklamówki, jako worki na śmieci

To kolejna rzecz, którą wyniosłam z domu rodzinnego (zwyczaj, nie reklamówki xd). Nie często kupuję reklamówki w marketach, bo zazwyczaj mam przy sobie torby bawełniane, które uwielbiam, ale zdarzy się, że zapomnę je zabrać, albo po prostu mam zakupy większe i zabraknie mi toreb. Potem takiej reklamówki nie wyrzucam od razu, a służy jeszcze jako worek na śmieci na mały kosz w łazience, a w ten sposób faktycznie oszczędzam na workach na śmieci. 

Puste słoiki

Lubię gotować i używam wielu przypraw i jak gdzieś widziałam te wszystkie wypasione przyprawniki, to w głowie było tylko; ja chcę! Chcę to bardzo. Potem zerkałam na cenę i jednak tego nie chciałam. Zamiast tego, jak tylko zwolni mi się po czymś słoiczek, to go dostawiam na moją półkę i ewentualnie opisuję, wycinając etykietę z opakowania. w którym przyprawę zakupiłam. Taka ekologia! Swoją drogą wyniosłam to z domu rodzinnego; choć mieliśmy specjalne słoiczki na przyprawy, to moja mama nie stroniła od ponownego wykorzystywania słoików na przykład po kawie, które są większe i świetnie nadają się do przechowywania kasz i tego typu suchych produktów. Zresztą, wygodniej jest sypać coś ze słoika, niż z opakowania.


Zbieranie nakrętek

Kupuję wodę butelkowaną i to po nich głownie mam nakrętki, wiec je zbieram i nie wyrzucam, ponieważ często się słyszy, że gdzieś zbierają na chore dzieci, bądź inne tego typu cele, więc staram się pomagać chociażby w ten sposób.

Słoik jako kubeczek na przybory w łazience

Czyli taki organizer na pastę, szczoteczkę do zębów, pędzel do maseczek i takie drobiazgi, które walają się po umywalce. Przez długi czas jako organizer na te rzeczy służył mi... plastikowy jednorazowy kubeczek, który został mi się nie wiadomo skąd, ale że przybywa mi słoików, a kubeczek nie był idealnym rozwiązaniem, a raczej mało stabilnym, to został zastąpiony słoikiem. 

Świece, zbieranie końcówek i przetapianie 

I ostatni punkt; wykorzystuje końcówki świec i przetapiam je w nowe świece, aby mi jeszcze posłużyły. Wystarczy słoiczek z poprzedniej, a jedyne co, to potrzeba, to nowy knot. Od jakiegoś czasu staram się zamawiać wosk i robić własne, ale zdarza mi się jeszcze czasem je kupić. Raczej zaopatrzam się w te same świece, więc potem przerzucam końcówki do jednego słoiczka i po prostu przerabiam.


To chyba wszystkie moje domowe eko rozwiązania. Czy stosujesz któryś z tych trików? A może masz swoje własne,  o których nie wspomniałam i masz ochotę się podzielić?

3 jesienne herbatki na chłodne dni

3 jesienne herbatki na chłodne dni

Jesień już bez wątpienia zastukała w nasze okna i nawet, jak nie chcemy przyjąć tego do świadomości tak jak ja!) to już jest właśnie ta pora, kiedy trzeba z szafy powyciągać grube swetry i koce. Osobiście nie trawię tej pory roku, choć jest to takie mniejsze zło, bo zima to już w ogóle zbrodnia, zwłaszcza dla kierowców. Nigdy mnie też nie ogarnia, ta cała jesienna otoczka, która jest wszechobecna głownie na instagramie; swetry, kocyk, książka, długie skarpetki i te inne szmery-bajery. To zdecydowanie nie dla mnie. I do tego zrobiło się zimno, wszyscy chorzy, więc trzeba się rozgrzać. Czym? Najlepiej zdrowymi, ziołowymi herbatkami! Co prawda jesień nie jest moim sezonem na nie, bo lubię je przez cały rok, ale teraz w okresie przeziębień, to nie zaszkodzi, prawda? Najlepiej jeśli są to zioła ususzone, czy przetworzone przez Was samych - zdecydowanie najzdrowiej, ale można też poszukać w zielarskich sklepach.


Przedstawiam Wam moje ulubione mieszanki, choć rzecz jasna się do nich nie ograniczam i mieszam dowolnie, czasem jeszcze coś dodając, te jednak były najczęstsze, które pojawiają się w mojej szklance.

1. Lipa + pokrzywa + miód + imbir + kurkuma + cytryna
Kilka kwiatów lipy, kilka liści pokrzywy, łyżeczka miodu, plaster imbiru, szczypta kurkumy i plasterek cytryny, Trochę tęsknię za tą mieszanką, bo w tym roku nie mam lipy, ale piję to samo, ale bez tego jednego składnika.

2. Hibiskus + cytryna + imbir
Kilka liści hibiskusa, plaster cytryny, 1-2 plastry imbiru


3. Czarna herbata + cytryna + kurkuma + imbir + miód
Zwykła herbata w torebkach, bądź sypana, plaster cytryny, imbiru, szczypta kurkumy i łyżka miodu. Zamiast cytryny można też użyć pomarańczy, aby zmienić nieco smak. Uwielbiam zwykła herbatę i nie zawsze chce mi się pić mieszanki, więc inne dodatki, to tylko... dodatki, których dorzucam minimalnie dla smaku. 

 

Często w mojej herbacie ląduje pokrzywa i mięta, czasami czystek, czy dawniej pigwa. Opcji jest mnóstwo i można mieszać dowolnie.

Lubicie takie nietypowe herbaty? Podzielcie się swoimi pomysłami!

Jak schudłam prawie 10 kilo bez diety i ćwiczeń?

Jak schudłam prawie 10 kilo bez diety i ćwiczeń?

Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Tobą moją historią... odchudzania bez odchudzania i opowiedzieć, jak to się zaczęło. To jest post zwłaszcza dla dziewczyn, które chciałby poprawić swój wygląd, ale nie są wytrwałe, które uważają że sport i ćwiczenia nie są dla nich i po prostu nie mają siły, aby podjąć walki o własny wygląd. Nie jest to także jakaś cudowna metoda! Jednak kto wie, może te kilka rzeczy, które tu zawarłam też Ci się przyda i później będziesz mogła spojrzeć na siebie z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy, niż teraz? Dlaczego? Bo ze mną jest dokładnie tak samo! Natomiast jeśli nie należysz do tej grupy, to nic, może dowiesz się czegoś ciekawego, albo przynajmniej poznasz moją historię. Jeżeli nie, to pozostaje Ci taki piękny krzyżyk w rogu ekranu :) .

Zawsze byłam gruba - od dziecka. Większa, niż inni, szybciej się męczyłam, nie miałam kondycji, ani ochoty na ćwiczenia, a wf w szkole to dla mnie była istna katorga. Nie wspomnę już o niskiej samoocenie i pewności siebie, a w zasadzie jej braku, a jeśli już jakieś jej zalążki się pojawiały, to skutecznie były deptane przez innych.
Zawsze jednak moja waga utrzymywała się na stałym poziomie - jasne były wahania 1-2 kilo, ale to normalne i tak było od technikum, nie było się czym przejmować. To nie tak, że zaniedbywałam swój wygląd, czy coś, próbowałam kiedyś przechodzić na diety, próbowałam trochę ćwiczyć, ale bez skutku, zawsze polegałam.

 W listopadzie znów weszłam na wagę po tym, jak nie robiłam tego od dawna i przeżyłam małe załamanie, ponieważ licznik wskazywał 87,8 kg, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. Nie wiem, co się zmieniło, ale jak to zobaczyłam, to poczułam nagły przypływ determinacji, ale potem zaraz i tak się sprowadziłam na ziemię, bo po doświadczeniach z przeszłości wiedziałam, że się nie uda.

Krok pierwszy - ograniczenie cukru do minimum

Z dnia na dzień postanowiłam przestać słodzić herbatę i zrezygnowałam z cukru. Co zabawniejsze, kiedyś też próbowałam, ale nie miałam motywacji, nawet jak robiłam to stopniowo, czyli słodziłam na przykład łyżeczkę mniej, to i tak wracałam do starych nawyków. Jednak nie tym razem. Minęło kilka dni, a nagle potrafiłam przyzwyczaić się do gorzkiej herbaty, a dodam jeszcze, że to właśnie ją piję najczęściej w ciągu dnia. Jasne, zdarzały się momenty, że po prostu chciałam napić się tej herbaty z cukrem; podejrzewam, że organizm po prostu czasem go potrzebował i dlatego miałam na nią ochotę. Owoce jem sporadycznie, słodyczy w ogóle, więc tego cukru w mojej diecie po prostu nie było i wcale się nie załamywałam, tylko wypiłam jedną posłodzoną herbatę i szłam dalej. Malutkie odstępstwo nie było grzechem, jeśli nadal utrzymywałam swoje nawyki. I cieszę się, że jestem w tej grupie ludzi, którzy słodyczy nie jedzą, a raczej jedzą bardzo rzadko, bo dzięki temu nie miałam problemu z "odstawieniem ich".

Krok drugi - woda

Zaraz po postanowieniu o rzuceniu cukru postanowiłam pić więcej wody, co też nigdy mi się nie udawało. Nigdy nie przepadałam za wodą i choć wiedziałam, ze to zdrowo i trzeba ją pić i próbowałam wiele razy, to jednak i tutaj nigdy nie byłam wytrwała. Jak jestem w domu, nadal mam czasami z tym problem, a najlepiej mi idzie picie wody w pracy. I tutaj też na początku piłam wodę w pracy od dawna, ale ze słodkimi sokami, pełnymi cukru i konserwantów, z których też postanowiłam zrezygnować. Piłam wodę z sokiem tylko raz dziennie, do kanapek na przerwie - teraz zamieniłam to na gorzką herbatę. I tutaj też nie ma co się porywać na te dwa litry dziennie, o których zawsze słyszysz. Ja nadal do tego nie doszłam. Najpierw byłam szczęśliwa, jak wypijałam 500 ml wody dziennie. Obecnie mam ustawione w aplikacji 1,5l, ale nie każdego dnia mi się to udaję, ale staram się, aby nie wypić jej mniej, niż litr. A czasami wypiję jej więcej, niż te 1,5l, wszystko zależy od dnia. Po prostu trzeba próbować :)

Krok trzeci - liczenie kroków

Ten punkt nie był żadnym moim postanowieniem, to wyszło przypadkiem i okazało się, że jest przydatne. Jakiś czas temu musiałam kupić nowy telefon, przez co od nowa instalowałam aplikację i tego typu rzeczy i wtedy rzucił mi się oczy krokomierz i pomyślałam sobie, a co tam; zainstaluję. Od tego czasu miałam ogromną satysfakcję, gdy pokonywałam kolejne progi kilometrowe itp, ale też sprowadziło mnie to na ziemię, ponieważ wtedy zobaczyłam, że jakoś dużo jednak nie chodzę, pomimo tego, że na przykład w weekendy dużo spaceruję. Oczywiście na początku po tym jak wpisałam podstawowe dane; wzrost, waga itp aplikacja ustaliła mi 6 tysięcy kroków dziennie, a ja jak to tak mało? I zmieniłam na dziesięć i wtedy się okazało, że te 6 to jednak czasami było dużo. Taki ze mnie geniusz xd. Tak się wkręciłam w liczenie kroków, że czasami specjalnie gdzieś jeszcze idę, albo sobie przechadzam dłuższą drogą, aby było, jak najwięcej, bo daje mi to satysfakcję. I to jest dodatkowy ruch, warto o tym pamiętać. 


DODATKOWO

Nie wiem, czy miało to jakiś wpływ na to, że udało mi się schudnąć, ale czasami spotykałam te rzeczy w artykułach o odchudzaniu i o zdrowiu i postanowiłam je wpleść do codziennej rutyny. Wiesz, tak na wszelki wypadek i licząc, że coś to da.

- picie herbaty z kurkumą - bardzo lubię kurkumę i często jest wymieniana jako "magiczny składnik"
- dodawanie do wody różnych rzeczy; cytryna, pokrzywa, mięta, ogórek, imbir - niektóre z tych składników są wykorzystywane przy detoksach (nie robiłam ich), ale na przykład był dzień, gdzie piłam sobie wodę z ogórkiem i cytryną, albo z miętą.
- herbaty z dodatkiem ziół - dodaję często właśnie miętę, pokrzywę, hibiskus,
- czasami zwracałam uwagę na to, jak jem - to znaczy jem tak, jak zawsze i to na co mam ochotę, ale miałam takie momenty "o dzisiaj ugotuję coś dietetycznego!", nie było to codziennie, ale miałam takie momenty, że po prostu zwracałam uwagę.
- staram się zrezygnować z soli - wychodzi mi to raz lepiej, raz gorzej, ale próbuję
- często rezygnowałam z kolacji - to znaczy nie głodziłam się, ani nic z tych rzeczy; po prostu tryb mojej pracy nie pozwala mi na regularne posiłki, czy te "5 posiłków, o których wszędzie słychać", a mój obiad wypada w godzinach 16.30-18, więc to jest zazwyczaj po prostu mój ostatni posiłek. Później już tylko wypijam ze 2, albo 3 herbaty(uwielbiam herbatę!) i  nie czuję potrzeby jedzenia kolacji. Ale, żeby nie było - nie jestem też święta i nie raz zdarzało mi się wcinać płatki o 22!

Efekty

To są takie trzy zmiany, które wprowadziłam w życie i po nich wraz z końcem marca waga wskazała mi 78 kg. Powróciłam do dawnej wagi, a nawet jest minimalnie mniejsza. Dalej kultywuje te nawyki i wiem, że waga mi spada, ale widzę to także po ubraniach, że jest różnica. Najśmieszniejsze jest to, że nawet tego nie dostrzegłam, nawet, gdy inni mi mówili, że widać różnicę. Dopiero później potrafiłam zobaczyć, że jednak jest progres.

I na razie to tutaj zostawię :)*

*ten post powstał w marcu, od tamtego czasu też troszkę się zmieniło i wprowadziłam trochę więcej innych rzeczy, ale to już temat na osobny post.


Jeśli Ty też masz podobną historię, to bardzo chętnie o niej  przeczytam w komentarzu, o ile masz ochotę się nią podzielić :) 



Gdzie kupować książki i nie przepłacać?

Gdzie kupować książki i nie przepłacać?

Kto jest tym, który wprost uwielbia otaczać się książkami, a niestety nie może ich kupować zbyt wiele? Dzisiaj gratka dla łowców okazji i wielbicieli wszelkich promocji książkowych. Nie oszukujmy się, nie każdego stać na to, aby iść do Empiku, tudzież innej księgarni i dać za wymarzoną powieść 30-40 złotych, czy czasem nawet i więcej, prawda? Dobra, po prostu mi szkoda wydawać zbyt wiele pieniędzy na książki, bo czytam ich dużo, a gdybym miała kupić kadżą książkę, którą chcę, to bym szybko zbankrutowała. Być może ktoś powie, że to jakaś oznaka polskiego cebulactwa, ale ja tak tego nie postrzegam. Uwielbiam książki, ale wiem, że są w życiu rzeczy ważniejsze i nie mogę tak szastać, dlatego te

Więc odpowiedzmy sobie na pytanie; gdzie kupować książki i nie przepłacać? Jest kilka takich miejsc!



Promocje w Biedronce

Dzięki promocjom w Biedronce, tudzież innych marketach tego typu, jak Carrefour, czy Auchan można tanio kupić coś ciekawego. W Biedronce są często za niecałą dyszkę i te mnie najbardziej interesują, choć ostatnio zdecydowanie nie patrzę tam na książki, bo mam za dużo na półce do nadrobienia, ale była promocja na powieści Sary J. Maas, więc cóż... 

W pozostałych czasem trafiłam książki za pięć, czy nawet złotówkę. Jak widzicie karton z książkami, warto czasem stanąć i pogrzebać w nim, a nuż pod książką za piętnaście złotych, będzie taka za dwa złote. Któregoś roku w Auchanie trafiłam na promocje, gdzie były książki za złotówkę, za dwa złote i za siedem. Istny raj, powiem Wam ♥_♥. Gorzej, jak nie ma tego, czego chcecie, albo wręcz przeciwnie; trzymasz stos książek, a tu kolejna, którą chcesz i jeszcze jedna...


Targ z książkami używanymi

Nie wiem jak jest w innych miastach, ale u mnie jednego dnia tygodnia jest rynek z tzw. "starociami", gdzie ludzie przyjeżdżają i wystawiają na sprzedaż to, co chcą. Można tam znaleźć wszystko; antyki, ubrania, obrazy, biżuterię, różne różności i no i zdarzają się książki, których ja zawsze poszukuję. Wiadomo, ceny ustala sprzedawca i z tym też może być różnie. Ja na przykład trafiłam na Pana, który sprzedawał książki w różnych cenach, jedne miał droższe inne tańsze, te najmniej po trzy złote, niektóre wyglądały jak nowe, więc po przeszukiwaniu tych kilku kartonów, którymi dysponował wyszukałam sobie dwie w stanie niemal idealnym. Warto czasem zerknąć, bo można naprawdę wyhaczyć perełki, tym bardziej, jeśli ktoś zbiera jakieś rzadkie wydania, a bardzo często ludzie nie wiedzą, co sprzedają. 

Kioski

Wiesz, te niewielkie budki, które tak często mijasz, a w których także można kupić niemal wszystko. Przodują głownie tam gazety i różne kolorowe czasopisma, ale, ale; są w nich i książki! Jeżeli jesteś fanem sag skandynawskich, to także tam ich najwięcej uświadczysz, gdzie pierwszy tom można kupić często po złotówce, a kolejne po dyszce (tak zbierałam moją serię Córka Morza, choć nie mam wszystkich tomów). Oczywiście nie tylko te wielotomowe sagi można tam dostać, warto więc czasem zerknąć na wystawę obok gazet. Parę razy udało mi się upolować coś w kiosku i to w wersji normalnej, a nie kieszonkowej i za połowę ceny.


Księgarnie internetowe

Księgarnie internetowe typu Tania Książka, to świetna opcja dla ludzi, którzy szukają konkretnego tytułu. Ja raczej z tego nie korzystam, albo bardzo rzadko, ale jednak wiem, że taka opcja po prostu istnieje. Zazwyczaj tam książki są po prostu tańsze :)


Promocje na stronach wydawnictw

Czasami poszczególne wydawnictwa wyprzedają wiele tytułów i wtedy także można kupić książki za 10-15 złotych, a więc prawdziwa okazja, dla każdego wyjadacza promocji. Pamiętam raz udało mi się  kupić na Foksalu kilka książek za grosze (części nadal nie przeczytałam, upss). Można co i raz po zaglądać na strony wydawnictw, żeby nie przegapić jakiejś fajnej okazji.


Grupy z książkami na facebooku

I tutaj chyba perełka, bo najszybciej i najwięcej można znaleźć, często także i nowe książki, bądź w wstanie idealnym.  Sama jestem w kilku takich na facebooku, gdzie najtaniej chyba można wyczaić książki w "Książka za dyszkę", bo regulamin grupy pozwala na sprzedaż książek tylko do dziesięciu złotych. Sama też sprzedaję książki na grupach i też często można trafić na perełki, albo jakieś stare wydania. Minus jest taki, że można zostać oszukanym, już nie raz na grupach pojawiały się informacje od ludzi, którzy niestety zostali okantowani, żeby uważać na konkretne osoby.


A Ty znasz jakieś inne sposoby na tanie książki?
Sposoby na dodatkowy zarobek || Jak zarabiać przed osiemnastką?

Sposoby na dodatkowy zarobek || Jak zarabiać przed osiemnastką?

To zdanie zapewne wielokrotnie kręciło się po głowie każdego studenta,  ucznia szkoły średniej, czy nawet młodszych ludzi. Życie studenta ciężkie, natomiast kieszonkowe uczniów zawsze zbyt niskie, prawda? Czasami nawet i wypłata niewielka i zastrzyk dodatkowej gotówki przyda się zawsze.

Wystarczy jednak trochę pomyśleć, troszkę poszperać w internecie, a mnóstwo rozwiązań na pewno znajdziesz od razu. To nic trudnego! Ja postaram się Ci przybliżyć różne opcje, oraz rozdzielić te morze wszelakich możliwości możliwości.

Praca dla każdego.
Nie ważne, czy jesteś studentem, uczniem, czy pracujesz na etacie i szukasz dodatkowego zarobku. Te opcje są dla wszystkich!

Konsultantka
Styczność z Avonem, czy Oriflame miałam już wiele lat temu, ponieważ wszyscy dookoła mieli katalogi i sprzedawali kosmetyki. Jak to wygląda? Zbierasz zamówienia na kosmetyki z katalogu i zarabiasz na rabacie (konsultantka ma niższe ceny na produkty), a także dostajesz różne kosmetyki.  Proste?Dodam jeszcze, że w Oriflame jest opcja biznesowa, gdzie można zarobić pieniądze na konto, nie z rabatu, ale o tym powiem innym razem.

Minusy: Osoby niepełnoletnie nie mogą podpisać umowy, musi to zrobić za nich rodzic. Nie zarabiasz stałej sumy, tylko zależne od zamówień.
Roznoszenie ulotek
Praca stara, jak świat i chyba znana każdemu. Osobiście nigdy tego nie robiłam, ale ile razy natrafiacie na kogoś, kto roznosi ulotki? To dość popularne raczej wśród nastolatków, ale nie ma żadnych przeciwwskazań, aby i inni podejmowali się tej możliwości. 

Zbiory owoców

To również bardzo popularne zajęcie, które zaczyna się późną wiosną i kończy jesienią. Przez całe lato można chodzić do okolicznych rolników i zbierać wszelkie owoce. Dobra opcją, tym razem jednak dla osób pełnoletnich jest praca sezonowa przy zbiorach zagranicą, ponieważ tam stawki są wyższe. Tutaj stawki są różne; zależy od roku, od właściciela itp. Dodam jeszcze, że jeśli komuś nie straszna jest ciężka praca, to wielu rolników przed zbiorami poszukuje także ludzi do pielonki, choć nie każdy się na to zdecyduje (dla mnie to zdecydowanie zbyt wiele).

Minusy: Nie jest to najlżejsza praca.

Korepetycje
Jesteś dobry z matematyki, angielskiego, czy z jakiegokolwiek innego przedmiotu? To świetny sposób, aby zarabiać i pomagać innym. Wiadomo, jeśli jesteś uczniem i zażyczysz sobie miliony monet za godzinę, to nikt do Ciebie nie przyjdzie, ale z tego, co się orientuję wynika, że najniższe stawki to około 20-30 zł, więc kilka takich godzin w tygodniu, to świetny sposób na dorobienie sobie. Dla porównania, dodam, że teraz najniższa krajowa wynosi 17 zł brutto na godzinę i wielu ludzi za tyle pracuje (ja sama całkiem niedawno pracowałam za niższą stawkę!).

Opiekunka do dziecka
To już  o wiele odpowiedzialniejsza praca i czasami może nie być tak lekka, ponieważ wiadomo, że dzieci są różne; jedne grzeczne, drugie mniej grzeczne i potrzeba wiele cierpliwości, a niekiedy także i kreatywności, aby takim dzieckiem się zająć. Jeżeli masz podejście do dzieci, to śmiało możesz próbować zarobić w ten sposób.

Sprzedaż czegokolwiek

Każdy na pewno ma niepotrzebne już ubrania, czy jakieś książki, albo płyty. Czasami coś Tobie jest niepotrzebne, albo wydaje się gratem, natomiast ktoś inny bardzo chętnie przygarnie daną rzecz.

Konkursy

Literackie, fotograficzne, plastyczne lub inne. Bardzo często są nagrody pieniężne. Istnieje nawet strona; aktualnekonkursy.pl, gdzie możesz szybko znaleźć taki, który odpowiadałby Twoim umiejętnością i zainteresowaniom.

Praca związana z zainteresowaniamiKolejna kategoria to praca związana z zainteresowaniami, więc nie każdy może się jej podjąć, a jedynie ten, który ma wiedzę na dany temat. 


Fotografia
Masz smykałkę do fotografii i przyzwoity aparat? Możesz spróbować robić odpłatnie sesje plenerowe, a jeżeli posiadasz lampę reporterską, to także i fotografować różne imprezy okolicznościowe. Chociaż warto na początek zaoferować sesję za darmo koleżance, aby rozbudować swoje portfolio, ponieważ ludzie muszą dostrzec, że warto skorzystać z Twoich usług. 


Grafik

Lubisz dłubać w Photoshopie? A może potrafisz robić cuda w Corelu? Jeśli tak, to jest mnóstwo stron, dzięki którym możesz pozyskać zlecenia dla grafików (np. designer.pl) i zarabiać w ten sposób. 


Rękodzieło

Szyjesz? A może tworzysz biżuterię? Czemu nie zacząć sprzedawać tego, co wytworzyły Twoje ręce, jeśli wiesz, że tworzysz coś dobrego? W dzisiejszych czasach nie jest problemem zamieszczenie ogłoszenia w internecie. Ważne są też zdjęcia, bo to one przyciągają klientów. Ponadto, jeśli masz smykałkę do prac ręcznych, to możesz spróbować tworzyć np dekoracje okolicznościowe (stroiki na Boże Narodzenie itp).

Inne;

Tutaj mam propozycje, które albo pasowały mi do obydwu, albo do żadnej z kategorii.

Jeśli jesteś uczniem technikum, to podczas odbywania praktyk po za szkoła, warto się zainteresować tym, czy firma nie potrzebuję kogoś na przykład do pracy na weekendy, czy nie zlecają czegoś ludziom z zewnątrz (wszystko zależne od charakteru pracy i kierunku). Sama wykonałam kilka projektów dla agencji reklamowej, gdy graficy byli zasypani zleceniami, a moje koleżanki z technikum żywienia, które miały praktyki w najlepszych hotelach w stolicy, bardzo często później jeździły pracować tam w weekendy.

Kelnerka/dostawca pizzy

Żeby pracować jako dostawca pizzy, trzeba mieć ukończone osiemnaście lat, ponieważ potrzeba tutaj prawo jazdy, jednak to wciąż świetna opcja na weekendy dla uczniów. Natomiast do pracy jako kelner/ka nie jest wymagane skończenie pełnoletności. 

Inwentaryzacja w marketach i rozkładanie towaru.

Często przewijają się ogłoszenia z różnych sklepów. Inwentaryzacje przeprowadza się zazwyczaj nocą i można spokojnie zarobić kilkadziesiąt złotych.

Podejmowałaś kiedyś którąś z tych prac? A może Ty masz lepszy pomysł? 


Copyright © Czarne Światło , Blogger