5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić na wiosnę
Autoreklama: zapraszam na mój Vinted, mam tam parę książek, a na dniach pojawią się pewnie kolejne! Link na pasku u góry strony :)
Autoreklama: zapraszam na mój Vinted, mam tam parę książek, a na dniach pojawią się pewnie kolejne! Link na pasku u góry strony :)
Nieubłagalnie zbliża się Dzień Matki, pewnie zresztą o tym wiesz, bo zewsząd są reklamy dotyczące tego, co jest idealne na prezent z tej wyjątkowej okazji. A tak się składa, że tym idealnym prezentem, może być tak naprawdę wszystko (no prawie, nie zaryzykowałabym przyborów kuchennych i czegoś do sprzątania xd) ale najważniejsze, aby trafić w gust swojej mamy. Dzisiaj pokażę Ci kilka pomysłów na to, co może być prezentem: te oczywiste i takie mniej oczywiste. Kolejność losowa ;)
Kwiaty - cięte lub doniczkowe, zależy, czy Twoja mama ma tzw. "rękę do roślin'', bo niestety nie każdy posiada ten dar. (Ja na przykład nie, każdą roślinę potrafię zabić!). Jednak jeśli tak, to śmiało możesz wybrać jakiś doniczkowy, który zostanie na dłużej i na pewno będzie o Tobie przypominać. Mogę też być cięte, ale trzeba liczyć się z tym, że zaraz zostaną wyrzucone.
Książka - jeżeli Twoja mama czasem sięga po jakieś książki, to dobra powieść będzie w sam raz, ale zrób najpierw rozeznanie, aby trafić w jej czytelniczy gust. Fajna może też być jakaś książka kucharska, albo inny poradnik (spróbuj przypomnieć sobie, czy Twoja mama nie mówiła, że jakiejś potrzebuje ;) ).
Perfumy - to również będzie trochę oklepane i może nieco kontrowersyjne, ponieważ niektórzy uważają, że kupowanie perfum i ogólnie kosmetyków, jest nietaktem, bo może sugerować, że dana osoba o siebie nie dba. Uważam inaczej. Mama jest kimś bliskim, więc widzisz się z nią często i na pewno wiesz, mniej więcej, jakich perfum używa, a na podstawie tego możesz dobrać zapach, który trafi w jej gust. Albo kupić jej kolejny flakonik jej ulubionych.
Przerwa na reklamę! Z mojego linku możesz kupić perfumy inspirowane drogimi markami (Chanel, Dior, Gucci, YSL i inne) już 10% taniej! Kliknij i sprawdź! Zawsze też możesz napisać do mnie na instagramie, a wskaże które są odpowiednikami których ;)
Dobre wino - wino, bądź inny alkohol, likier, nalewka, a może jakiś trunek domowej roboty? W Internecie jest mnóstwo przepisów na przeróżne likiery (np z białej czekolady) i nalewki, które nie potrzebują długiego czasu przygotowania. Albo po prostu idź do sklepu i kup jakieś fajne wino.
Sesja zdjęciowa - tym razem coś nietypowego, ponieważ możesz swojej mamie podarować... sesję zdjęciową! Zależy też od charakteru Twojej mamy: może to być fajna sesja kobieca w studio, albo plenerowa w jakimś fajnym miejscu. Może to być sesja tylko dla niej, albo rodzinna: rodzice + dzieci i połączyć to z prezentem na Dzień Ojca. Można też zrobić fajne zdjęcie pokoleniowe.
PS: Mazowieckie (Sochaczew, Warszawa, Płock, Płońsk, Żyrardów i okolice), oraz łódzkie (Łowicz, Skierniewice i okolice) jestem w stanie wykonać taką okazyjną sesję w plenerze, bądź fotografię pokoleniową :)
Bukiet/skrzynka słodkości to już mój ostatni pomysł. Można wziąć fajne pudełko i stworzyć takiego boxa z ulubionymi słodkościami mamy. Albo można zrobić z nich jakiś bukiet, czy kompozycję przypominającą tort. Polecam przejrzeć pinteresta!
Jeśli jeszcze nie masz pomysłu, mam nadzieję, że ten post choć trochę Cię zainspiruje do działania.
A Ty masz już pomysł, co podarujesz swojej mamie?
Mówiłam, że chciałabym tutaj pisać również trochę o moim pisaniu, więc podzielę się tym, czego najlepiej nie robić. Czyli jak w tytule, pisarskie błędy, które kiedyś popełniałam; jak każdy, kto z czymś zaczyna i nie bierze się za daną rzecz na poważnie. Pisanie było dla mnie tylko zabawą, odskocznią i w zasadzie nadal tak jest, ale teraz potrafię na to spojrzeć trzeźwiejszym okiem i staram się, aby to, co robię, miało ręce i nogi. No, miałam tez częściej dodawać posty tutaj, ale zajęłam się… pisaniem xD
Wszystkie te błędy (nie mówiąc już o tych ortograficznych, interpunkcyjnych i gramatycznych) zaobserwowałam w swoim pierwszym fanfiku o Harrym Potterze, którego już nie można znaleźć w przestrzeni internetów, choć sądzę, że w początkowych rozdziałach tych, które obecnie publikuję, również mogłyby się takie kwiatki znaleźć.
Stosowanie wszelkich skrótów - to byłam moja zmora i ogromne lenistwo. I nie chodzi mi tutaj o skróty typu; etc, tzn. czy inne, które są po prostu powszechnie używane w piśmie i dopuszczalne. Raczej o takie, które w porządnym opowiadaniu istnieć nie powinny. Na przykład zamiast napisać Lord Voldemort, to pisałam LV i z wieloma postaciami tak robiłam i nazwami miejsc. Zamiast Wielka Sala, pisałam WS, zamiast Dwór Malfoyów, DM i miałam naprawdę całą rzeszę czegoś takiego.
Wszystkie postacie tworzone na jedno kopyto - no naprawdę. Każda postać była praktycznie taka sama, no różnili się kolorem ocz i włosów. Nie zastanawiałam się nad tym, co ich ukształtowało, albo jak powinni reagować, skoro mają dane cechy charakteru. Moje postacie były bez barwne, takie same i po prostu nudne.
Zbytnie wzorowanie postaci na swoich znajomych i rodzinie - tak, bardzo w swoich pierwszych tekstach wzorowałam postacie, zwłaszcza wygląd na swoich znajomych, bliskich albo brałam podobne imiona. No co tu wiele mówić.
Naginanie praw fizyki ciemny blask itp. Tak wiem, pisze to na blogu Czarne Światło do tej pory mi to zostało, ale dawniej właśnie wymyślałam, że coś świeciło na czarno.
Zbytnie inspirowanie się innymi - bardziej nieświadome, bo jak coś wymyśliłam, to nie zastanawiałam się, czy czegoś już gdzieś nie widziałam.
Brak wszelkiej logiki - nie zastanawiałam się nad tym, dlaczego coś się dzieje. Wszystko było na zasadzie "bo tak" a kanon zmarł, zakopał się i w głowie przewracał.
Nieregularność w pisaniu - to tyczy się zarówno pisania blogów, jak i rozdziałów. Nadal czasem mam z tym problem, ale staram się walczyć.
To chyba są takie najpoważniejsze błędy pisarskie, które popełniałam. Teraz, gdy pisze już bardziej świadomie, jestem pewna że również jakieś robię, ale już na pewno nie takie kardynalne, jak te wyżej. Mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się napisać podobny tekst, gdzie będę w stanie wymienić błędy, które robię obecnie w momencie, kiedy już nie będę ich popełniała.
Te październikowe dni mi lecą jeden za drugim i nie mogę się jakoś zebrać, aby usiąść i cos tutaj dodać, bo naprawdę mi one uciekają. Jednak wydarzyło się coś, czego zdecydowanie pominąć nie mogę i o tym dzisiaj opowiem. Ostatnio miałam przyjemność uwieczniać uroczystość ślubu Asi i Rafała, za co byłam im bardzo wdzięczna, że dali mi taką możliwość, ponieważ nie każdy chce zaufać osobie bez doświadczenia w temacie i bez portfolio ślubnego.
Tak, to byłam ja.
Co zabawniejsze, na samiutkim początku swojej drogi fotograficznej w celach zarobkowych (czyli ponad rok temu), twierdziłam, że absolutnie nie pójdę w śluby. Uważałam, że to jednak duża odpowiedzialność, że sobie nie poradzę, oraz że to jest masę pracy, w którą niekoniecznie chcę się bawić.
Nadal jednak uważam, że to ogromna odpowiedzialność i mnóstwo pracy, ale zmieniło się nieco moje nastawienie, bo już nie twierdzę, że do tego się nie nadaję. Choć nigdy nie byłam na ślubie, jako fotograf (chciałam iść jako drugi w zeszłym roku, ale nie wyszło), to przez te miesiące zebrałam doświadczenie w reportażu
O dziwo nie denerwowałam się tak mocno, jak mi się wydawało, że powinnam. Wcześniej nerwy zjadały mnie bardziej, czy sobie poradzę, albo czy nie przegapię jakiegoś ważnego elementu. W dniu ślubu tak naprawdę cały stres zszedł i gdzieś uleciał, a ja wiedziałam, że muszę po prostu być dobrym obserwatorem i słuchać tego, co się dzieje wokół.
Tak naprawdę do samej ceremonii podeszłam tak, jak do chrztu, a akurat tutaj mogę śmiało powiedzieć, że mam już doświadczenie. Sam reportaż nie jest mi obcy, o czym już wspomniałam wyżej. O wiele bardziej denerwowałam się sesją plenerową, którą dzisiaj wykonywałam, bo nadal mam problem z ustawianiem ludzi do zdjęć i nie czuję się jeszcze tak pewnie na tym polu, jak bym chciała. W reportażu nie musze tego robić, po prostu dokumentuje to, co się dzieje.
Nie było jednak tak kolorowo, jakbym chciała i popełniłam kilka rzeczy, których wolałabym, aby się nie zdarzyły.
Błędy, które popełniłam
Na całe szczęście nie zrobiłam niczego bardzo złego, nie odwaliłam, żadnej dziwnej akcji, ale zdarzyły mi się trzy takie małe wtopy.
Pierwsza mogła by się wydawać banalna; źle zaparkowałam samochód pod kościołem i potem miałam problem wyjechać i musiałam przepuścić większość gości. Przez to zrobiłam coś, co nie powinno mieć miejsca, byłam daleko za młodymi i nie udało mi się uchwycić jednej bramki, ponieważ nie zdążyłam tam dotrzeć.
Druga rzecz, też nie powinna się była zdarzyć i to już była kwestia trochę mojego zapominalstwa, oraz troszkę tego, że nie przemyślałam sprawy. Nie zrobiliśmy zdjęcia grupowego. Później zdałam sobie sprawę, że powinno być ono na początku, kiedy goście są jeszcze trzeźwi, oraz jest jasno, a akurat przed salą była taka możliwość, bo był całkiem ładny teren wokół. Nie przemyślałam tego, bo zazwyczaj na chrztach grupowe robiłam na końcu, a tutaj to by nie wypaliło, bo sala była mała, więc w środku tak średnio, a na zewnątrz ciemno i nie byłam na 100% pewna, czy by lampa dała radę, a zresztą goście też już byli w różnym stanie, więc to też troszkę nie tak.
Teraz coś błahego, ale dopiero w trakcie przeglądania materiału, ogarnęłam, że nie zrobiłam z bliska zdjęcia bochna chleba, gdy panie z remizy stały w drzwiach, aby za chwilę powitać Młodych. Skupiłam się bardziej na samej parze. Oczywiście mam go uchwycony na zdjęciach, choćby z tych z powitania Pary Młodej, ale jednak myślę, że powinnam jeszcze taki kadr wykonać.
Więcej porażek nie pamiętam, wszystkich zdecydowanie żałuję.
Czy było coś, co mnie zaskoczyło tego dnia?
Życzenia. Nie sam fakt ich bytu, ale to, że tak naprawdę wtedy trzeba było cały czas pstrykać. Na weselu nie było kamerzysty, więc to ja musiałam wszystko uwiecznić i życzenia okazały się dosyć dynamicznym i wymagającym momentem. Chyba nic więcej mnie nie zaskoczyło, aczkolwiek wcześniej przeczytałam i obejrzałam mnóstwo poradników dotyczącej fotografii ślubnej. Chciałam być przygotowana na każdą ewentualnosć.
Mimo wszystko jestem naprawdę dumna z tego reportażu i wykonałam mnóstwo zdjęć, o wiele więcej, niż się umawialiśmy. Zawsze podczas selekcji usuwam te nieostre i nieudane kadry i zostawiam te, które uważam za zajebiste i bardzo dobre i jeszcze tylko te dobre, tak na wszelki wypadek, aby mieć z czego wybrać. Tutaj mogę pozwolić sobie, aby te dobre po prostu odrzucać, bo mam tak dużo materiału.
Kwestie techniczne
Na ślub poszłam z dwoma aparatami. Główny to Canon 60d, którym fotografuję od kilku miesięcy, a podpięty na nim miałam obiektyw Canon 35 mm i większa połowę wesela robiłam właśnie tym obiektywem. Do niego miałam także lampę reporterską Yongnuo, modelu nie pamiętam, w każdym razie wiem, że trochę przepłaciłam, gdy ją kupowałam, bo wszystko i tak ustawiam manualnie i żadne tryby TTL i inne, które posiada, tak naprawdę nie są mi potrzebne. Drugi aparat to mój poczciwy Canon 1200d, do którego miałam podpiętego... KITa. Tak. Zabrałam go, bo pomyślałam, że przyda mi się do zdjęcia grupowego (którego nie zrobiłam) oraz dlatego, że nie wiedziałam, jak jest w kościele, bo nie udało mi się tego wcześniej sprawdzić. Wiedziałam także, że 35tka będzie za ciasna podczas błogosławieństwa. No i nauczona tez doświadczeniem, aby zawsze go ze sobą mieć w przypadku małej sali. Wesele nie było wielkie, odbywało się w remizy, więc sala też nie była dużych rozmiarów i bardzo dużo fotografii wykonałam właśnie KITem, który całkiem sobie poradził.
W kościele fotografowałam na dwa aparaty, aby nie przełączać obiektywów, zresztą, nie miałam na to czasu. To nauczyło mnie, że jeśli będę miała więcej ślubów, to koniecznie muszę kupić sobie szelki fotograficzne. Jednak Polak potrafi, jak chcę to mogę być kreatywna i ich brak mi aż tak nie zawadzał, bo wspomagający aparat przymocowałam do... paska, który miałam zapięty w talii. Swoją drogą musze chyba zrobić post o tego typu ciekawych rozwiązaniach "bieda-fotografa", bo jest tego więcej XD. To też mnie utwierdza w przekonaniu, że potrzebuję sobie kupić zooma, ale ten, który chcę, jest w cholerę drogi. Pięćdziesiątki nie podpinałam, bo nie ufam temu autofokusowi tam, więc nie chciałam ryzykować.
Na sali już nosiłam tylko jeden aparat, ponieważ drugi wiszący wzdłuż ciała przeszkadzał mi lawirować pomiędzy tańczącymi, bo musiałam na niego uważać. Jeśli potrzebowałam to po prostu zmieniałam obiektyw.
Fotografowałam przede wszystkim na trybie manualnym, gdzieś tam w którymś momencie pamiętam, że włączyłam ten półautomatyczny, ale to na chwilę. Pracowałam z lampą błyskową, więc musiał być manual. Jednak body wspomagające miałam później ustawione na automacie, ponieważ był moment, że mogłabym nie zdążyć zmienić ustawie i nie chciałam ryzykować; chodzi o wyjście z kościoła.
To chyba byłoby na tyle. Tutaj tylko kilka zdjęć obrobionych na szybko, ale część reportażu pewnie tutaj wrzucę, a jak nie, to będzie na fejsie, więc podlinkuję. Tak, jak i sesji plenerowej, która też całkiem nieźle wyszła!
Póki, co zapraszam też na mojego Tik Toka; czarne_światło gdzie już wisi sklejka z tego dnia!
Nie jestem jakaś ześwirowana na punkcie ekologii i całej tej otoczki, ale nie lubię niczego wyrzucać, ani marnować, bo uważam, że zawsze do czegoś się przyda. Ponowne wykorzystanie produktów pobudza również naszą kreatywność, a także sprawia, że oszczędzamy. Jak ja sobie z tym radzę? Oto kilka moich trików, które stosuję i nie marnuję rzeczy.
Ponowne wykorzystanie pudełek po Oriflame
Czasami zamawiam coś z Oriflame dla siebie, mamy, czy znajomych, ale nigdy nie jest tego dużo i zamówienie zawsze przychodzi mi w takich fajnych pudełkach; nie za wielkich, nie za małych. Po obcięciu skrzydełek świetnie sprawdzają się jako organizery na leki, na kasze i strączki, oraz na chemię, której nie mam gdzie trzymać z racji prawie braku szafek w łazience.
Plastiki po warzywach jako "koszyczki"
Czasami zdarza mi się kupić warzywa w plastikach, bo te porcje są dla mnie takie w sam raz. Nie wyrzuciłam ani jednego, tylko je zbierałam, bo miałam świadomość, że znajdę dla nich zastosowanie i rzeczywiście tak było. Każdy z nas ma taką szufladę, w która żyje własnym życiem. Nie kłam, na pewno. Też taką miałam, a te pojemniki wykorzystałam właśnie po to, aby trochę ją zorganizować. Podzieliłam rzeczy na kilka kategorii i je w nich ułożyłam.
Słoiki, nadprogramowe kubki i pudełko po butach na kosmetyki
Nie mam żadnego kuferka, czy innego organizera na kosmetyki, a trochę ich się zebrało, choć widząc po internetach ile tych malowideł mają inne dziewczyny, to ja mam zaledwie procent tego, co one, ale i tak zajmują więcej miejsca, niż bym chciała, Znalazłam na nie lokalizację na szafce na buty, tylko dlatego, że stoi blisko lustra, co ułatwia mi szpachlowanie twarzy malowanie się. Pędzle trzymam w słoiku. Mam zbędne kubki, wolę pić w szklankach, dlatego wykorzystuję je na organizery do moich eyelinerów oraz pomadek, bo to są produkty, których mam najwięcej. Natomiast resztę kosmetyków; podkład, palety do cieni i inne takie trzymam w pudełku po butach.
Reklamówki, jako worki na śmieci
To kolejna rzecz, którą wyniosłam z domu rodzinnego (zwyczaj, nie reklamówki xd). Nie często kupuję reklamówki w marketach, bo zazwyczaj mam przy sobie torby bawełniane, które uwielbiam, ale zdarzy się, że zapomnę je zabrać, albo po prostu mam zakupy większe i zabraknie mi toreb. Potem takiej reklamówki nie wyrzucam od razu, a służy jeszcze jako worek na śmieci na mały kosz w łazience, a w ten sposób faktycznie oszczędzam na workach na śmieci.
Puste słoiki
Lubię gotować i używam wielu przypraw i jak gdzieś widziałam te wszystkie wypasione przyprawniki, to w głowie było tylko; ja chcę! Chcę to bardzo. Potem zerkałam na cenę i jednak tego nie chciałam. Zamiast tego, jak tylko zwolni mi się po czymś słoiczek, to go dostawiam na moją półkę i ewentualnie opisuję, wycinając etykietę z opakowania. w którym przyprawę zakupiłam. Taka ekologia! Swoją drogą wyniosłam to z domu rodzinnego; choć mieliśmy specjalne słoiczki na przyprawy, to moja mama nie stroniła od ponownego wykorzystywania słoików na przykład po kawie, które są większe i świetnie nadają się do przechowywania kasz i tego typu suchych produktów. Zresztą, wygodniej jest sypać coś ze słoika, niż z opakowania.
Zbieranie nakrętek
Kupuję wodę butelkowaną i to po nich głownie mam nakrętki, wiec je zbieram i nie wyrzucam, ponieważ często się słyszy, że gdzieś zbierają na chore dzieci, bądź inne tego typu cele, więc staram się pomagać chociażby w ten sposób.
Słoik jako kubeczek na przybory w łazience
Czyli taki organizer na pastę, szczoteczkę do zębów, pędzel do maseczek i takie drobiazgi, które walają się po umywalce. Przez długi czas jako organizer na te rzeczy służył mi... plastikowy jednorazowy kubeczek, który został mi się nie wiadomo skąd, ale że przybywa mi słoików, a kubeczek nie był idealnym rozwiązaniem, a raczej mało stabilnym, to został zastąpiony słoikiem.
Świece, zbieranie końcówek i przetapianie
I ostatni punkt; wykorzystuje końcówki świec i przetapiam je w nowe świece, aby mi jeszcze posłużyły. Wystarczy słoiczek z poprzedniej, a jedyne co, to potrzeba, to nowy knot. Od jakiegoś czasu staram się zamawiać wosk i robić własne, ale zdarza mi się jeszcze czasem je kupić. Raczej zaopatrzam się w te same świece, więc potem przerzucam końcówki do jednego słoiczka i po prostu przerabiam.
To chyba wszystkie moje domowe eko rozwiązania. Czy stosujesz któryś z tych trików? A może masz swoje własne, o których nie wspomniałam i masz ochotę się podzielić?
1. Lipa + pokrzywa + miód + imbir + kurkuma + cytrynaKilka kwiatów lipy, kilka liści pokrzywy, łyżeczka miodu, plaster imbiru, szczypta kurkumy i plasterek cytryny, Trochę tęsknię za tą mieszanką, bo w tym roku nie mam lipy, ale piję to samo, ale bez tego jednego składnika.
2. Hibiskus + cytryna + imbirKilka liści hibiskusa, plaster cytryny, 1-2 plastry imbiru
3. Czarna herbata + cytryna + kurkuma + imbir + miódZwykła herbata w torebkach, bądź sypana, plaster cytryny, imbiru, szczypta kurkumy i łyżka miodu. Zamiast cytryny można też użyć pomarańczy, aby zmienić nieco smak. Uwielbiam zwykła herbatę i nie zawsze chce mi się pić mieszanki, więc inne dodatki, to tylko... dodatki, których dorzucam minimalnie dla smaku.
Jeśli Ty też masz podobną historię, to bardzo chętnie o niej przeczytam w komentarzu, o ile masz ochotę się nią podzielić :)
Promocje w Biedronce
Targ z książkami używanymi
Kioski
Księgarnie internetowe
Promocje na stronach wydawnictw
Grupy z książkami na facebooku
Praca dla każdego.
Nie ważne, czy jesteś studentem, uczniem, czy pracujesz na etacie i szukasz dodatkowego zarobku. Te opcje są dla wszystkich!
Praca związana z zainteresowaniamiKolejna kategoria to praca związana z zainteresowaniami, więc nie każdy może się jej podjąć, a jedynie ten, który ma wiedzę na dany temat.
Inne;
Tutaj mam propozycje, które albo pasowały mi do obydwu, albo do żadnej z kategorii.