Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Festiwal Mitologii Słowiańskiej  2023 ⸻ relacja

Festiwal Mitologii Słowiańskiej 2023 ⸻ relacja

    W miniony weekend, w Owidzu w grodzisku okalającym Muzeum Mitologii Słowiańskiej, odbył się VI Festiwal Mitologii Słowiańskiej, czyli, krótko mówiąc, zjazd miłośników naszej rodzimej kultury, mitologii oraz rekonstrukcji. To druga edycja, na którą pojechałam, bo w poprzednich latach wszystko było na opak, ale teraz udało się praktycznie bez przeszkód.

 
    Czym właściwie jest Festiwal Mitologii Słowiańskiej?

    To cykliczny event organizowany od sześciu lat przez Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Grodzisku Owidz pod Starogardem Gdańskim, który zrzesza ludzi z całej Polski, mających coś związanego ze Słowianami. I może jechać tam dosłownie każdy: ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o temacie i jest po prostu ciekawy, ale również prawdziwi pasjonaci, czy ludzie, dla których słowiańskość jest życiem, czymś więcej, niż zwykłym hobby. Spotkałam mnóstwo przeróżnych osób. Ponadto festiwal obfitował w zróżnicowane wydarzenia; spotkania autorskie z pisarzami słowiańskich książek, warsztaty o rozległej tematyce, wykłady, czy to, co mnie najbardziej ciekawiło: inscenizacje słowiańskich obrzędów. Ponadto na każdym kroku, można było spotkać ludzi trudniących się słowiańskim rękodziełem, a także występowały zespoły muzyczne, tworzące muzykę w podobnych klimatach.

    Jak wyglądał festiwal?

    Rozpoczynał się w piątek około godziny 15.00, gdzie rozpalono ognisko, które miało płonąć, przez cały festiwal. Dla Słowian ogień był święty — to również symbol boga ognia Swarożyca. My z lekkim opóźnieniem przez wypadek na autostradzie, dotarliśmy przed 15.00, ale najpierw chcieliśmy rozbić namioty, aby nie musieć przejmować się tym wieczorem. Po ogarnięciu spraw pilnych typu bilety itp., poszliśmy na pierwszy wykład/warsztaty dotyczące przetwarzania ziół z Rosą Jaworską i Konradem Kowalczykiem. Było to bardzo ciekawe, choć już sporo rzeczy o ziołach wiedziałam.

    Planowałam iść jeszcze na wykład o genealogii, ale się nieco przegapiliśmy czasowo, więc to niestety mnie ominęło, czego do tej pory żałuję.
    Wieczorem odbyła się także inscenizacja swaćby, czyli słowiańskiego ślubu. Byłam już na nie zeszłego roku, niemniej jednak warto było zobaczyć to po raz kolejny.
    Wieczorem urządzono także warsztaty tańca i uczono nas oberka oraz potańcówkę. Pamiętam, że rok temu bawiłam się do późnej nocy, w tym roku również zahaczyłam o to wydarzenie, ale nieco krócej.

    W sobotę chyba było najwięcej rzeczy w programie i dla mnie samej to także był najbardziej aktywny dzień. Rozpoczęłam go spacerem ziołowym, który prowadził Michał Konkel: rok temu poszłam przez obydwa dni i byłam zachwycona, więc nie mogłam pominąć tego punktu i w tym roku.
    Potem wybrałam się na spotkanie autorskie z Aleksandrą Seligą: autorką serii Gołoborze, której recenzowałam tom pierwszy, można podejrzeć parę postów wcześniej. Spotkanie prowadziła Wiktoria Korzeniewska Slavicbook.



    Następny był kolejny obrzęd, tym razem żniwny, czyli rozpoczęcie żniw, a po nim poszłam na warsztaty robienia świec z węzy pszczelej. Natomiast wieczorem słuchałam jeszcze prelekcji Natalii Kościńskiej o słowiańskości w popkulturze. To była jedna z rzeczy, które najbardziej mnie interesowały, bo obserwuję Natalię od dawna i bardzo lubiłam jej słowiańskie podcasty (polecam!).    

    Koncertów słuchałam już z pola namiotowego: w tym roku Velesar oraz Kulingrida, a na koniec dnia w sali konferencyjnej zorganizowano mini kino i obejrzałam film o początkach Piastów.

    Niedzielę zaczęłam wcześniej, niż zorganizowane wydarzenia, bo postanowiłam sobie, że pójdę na gród i porobię zdjęcia książkom, które zakupiłam. Ten dzień chciałam także spędzić mniej intensywnie, więc zrezygnowałam ze spaceru ziołowego (choć zapowiedziana wycieczka do lasu kusiła) i zostałam w Strefie z Piecem na dwóch spotkaniach autorskich: z Franciszkiem Piątkowskim oraz Grzegorzem Gajkiem. Ten pierwszy stworzył Uniwersum Powiernika (jeszcze przede mną), natomiast drugi to autor popularnej ostatnio Tofy, oraz Piasta i Bolka: te drugie spotkanie również prowadziła Wiktoria Korzeniewska. Po spotkaniach Grzegorz Gajek prowadził również prelekcje o seksie w średniowieczu, na którym również zostałam. W międzyczasie zahaczyłam również o prezentację nowo powstałej słowiańskiej planszówki.
    Następny w programie był Obrzęd Plonów, którego również nie mogłam przegapić. I to był ostatni punkt programu, na którym byłam.

Co jeszcze?


    Pomiędzy tymi wydarzeniami działo się również wiele świetnych rzeczy! Mogłam się spotkać ze znajomymi poznanymi na zeszłorocznym festiwalu. To obchodzenie kramów, zachwycanie się tym rękodziełem, poznawanie ludzi, rozmowy itp. Festiwal Mitologii Słowiańskiej ma swój niepowtarzalny klimat i na pewno będzie moim stałym punktem w kalendarzu. I pogoda nam naprawdę dopisała, bo rok temu pamiętam, że była burza.


Co przywiozłam z festiwalu?
    Trochę nowej wiedzy, oczywiście! A z takich rzeczy fizycznych, to oczywiście dwie nowe książki: Powiernika i Piasta, o których mówiłam wcześniej, a także kolejne kolczyki, z tego samego kramu, co rok wcześniej: tym razem się dowiedziałam, będąc jeszcze na Ogrodzieńcu, że to kram u Moniki Macewicz, autorki Wiedmy. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy mi się podobają te rzeczy to… mam cztery pary kolczyków od nich. Zakupiłam sobie także kolejną chustę od Green Linden Atelie oraz krem, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, co to był za kram, więc jak widać, parę rzeczy ze sobą przywiozłam.

    Aha, no i w tym roku ZAPOMNIAŁAM zabrać aparatu. Narobiłam jednak dużo zdjęć telefonem, ale jak widziałam fotografów, którzy tam sobie chodzili, to aż mnie świerzbiło, że nie zrobię takiej fajnej fotorelacji, jak chciałam...
 Za to na instagramie są rolki z każdego dnia!







 
Kawiarnia Harry'ego Pottera w Łodzi ⸻  Espresso Patronum

Kawiarnia Harry'ego Pottera w Łodzi ⸻ Espresso Patronum

    Jestem totalnie zafiksowana na punkcie Harry’ego Pottera i wszystkiego, co z nim związane. Kilkanaście razy przeczytałam książki i obejrzałam filmy, a także spędziłam godziny na pisaniu oraz czytaniu fanfiction w tym uniwersum: od tego też zaczęła się moja przygoda z pisaniem, tak btw. Mam parę ubrań fandomowych i pierdół, a ostatnio, jeżeli tylko mogę, to odwiedzam lokale, które są zainspirowane historią Chłopca-Który-Przeżył. W zeszłe lato byłam dwukrotnie we Wrocławiu w Pubie Pod Trzema Miotłami (ten post nadal wisi w kopiach roboczych nieopublikowany xd), a w kwietniu odwiedziłam Espresso Patronum w Łodzi. Kawiarnia znajduje się na Piotrkowskiej 120, a moje pierwsze wrażenie było naprawdę pozytywne.


    Od samego wejścia czuć było ten potterowski klimat, więc myślę, że fani, tacy jak ja będą zadowoleni z odwiedzin tej miejscówki.
    Na wejściu jest niewielkie pomieszczenie z barem, ale na początku nie przyjrzałam mu się zbytnio, ponieważ, jak tylko weszliśmy, stało tam mnóstwo ludzi. Na szczęście udało nam się dostać stolik.     Choć na pierwszy rzut oka, lokal wydaje się malutki, to ma drugą nieco większą salę, gdzie znajduje się więcej miejsca oraz mnóstwo Potterowych dekoracji. I sama nazwa jest już urzekająca, bo nawiązuje do nazwy zaklęcia!

    W karcie znajdują się gofry na słodko oraz na słono, a także inne słodkości. Można napić się dobrej herbaty, czy koktajli alkoholowych, bądź nie i inne. Ja jadłam gofra na słono z czosnkiem bazylią i fetą i mój był naprawdę pyszny, a herbata z dodatkiem rozmarynu także mnie zachwyciła.


    W dekoracjach najbardziej urzekło mnie namalowane na ścianie drzewo rodzinne Blacków oraz klucze “latające” porozwieszane po lokalu. Można też zobaczyć tam choćby kultową Tiarę Przydziału!
    Ponadto w Espresso Patronum funkcjonuje sklepik z różnymi Potterowymi pamiątkami.
    Podsumowując: bardzo mi się to miejsce podobało, choć potterowska miejscówka we Wrocławiu bije je na głowę. Bardzo chętnie jednak wybiorę się tam po raz kolejny, jeżeli będzie okazja. Myślę, że fani Harry’ego Pottera naprawdę nie będą zawiedzeni odwiedzinami w Espresso Patronum.




A Ty byłeś/aś w jakimś Potterowskiem miejscu?

Festiwal Mitologii Słowiańskiej ⸻ relacja

Festiwal Mitologii Słowiańskiej ⸻ relacja

    W miniony weekend znalazłam się w niesamowitym miejscu, sprawiające wrażenie, jakby istniało niemal poza realnym światem. Przynajmniej takie wrażenie wywarł na mnie gród w Owidzu, w którym miałam przyjemność przebywać przez trzy ostatnie dni na V Festiwalu Mitologii Słowiańskiej. O tym wydarzeniu, słyszałam już pięć lat temu, gdy tylko się rozpoczęło i od tamtego momentu bardzo chciałam się tam znaleźć. Od trzech lat planowałam wyjazd, ale zawsze stało coś na przeszkodzie, niczym jakieś fatum. Podjęłam kolejną próbę, ale również i w tym roku pojawiło się wiele przeciwieństw, pomimo tego, że już wszystko dopięłam na ostatni guzik i razem z przyjaciółką miałyśmy kupione bilety, to byłam o włos od rezygnacji z wyjazdu. Na szczęście się udało! Swoją drogą, z tym jest też związana ciekawa historia: nie będę się zagłębiać we wszystkie powody, dla których prawie musiałam zrezygnować, ale jednym z nich i to całkiem istotnym był brak towarzystwa, ponieważ moja przyjaciółka nie miała wyjścia i jej plany uległy zmianie, a ja nie miałam zamiaru jechać sama. Przy sprzedaży biletów, pomyślałam, że może jednak mogłabym wybrać się sama do Owidza, a tak się złożyło, że na instagramie Slavicbook był post dla osób szukających towarzystwa na festiwal, bądź tych, którzy mają miejsce w samochodzie/szukają podwózki, więc napisałam tam o wolnym bilecie, oraz że mogę kogoś zabrać po trasie, z której jadę. Tak oto poznałam Martynę, z którą spędziłam większość festiwalu. Odrobinę się cykałam takiego rozwiązania, ale zdecydowanie nie żałuję.


    Najpierw może streszczę te trzy dni i opowiem, co fajnego tam robiłam, a potem podzielę się moimi odczuciami i wspomnę o magii na festiwalu. I będzie tez dużo zdjęć! Co prawda z telefonu, ale na przyszły rok na pewno zabiorę aparat.

Czym właściwie jest Festiwal Mitologii Słowiańskiej?

    To cykliczny event organizowany od pięciu lat przez Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Grodzisku Owidz pod Starogardem Gdańskim, który zrzesza ludzi z całej Polski, mających coś związanego ze Słowianami. I może jechać tam dosłownie każdy: ktoś, kto po prostu nie ma pojęcia o temacie i jest po prostu ciekawy, ale również prawdziwi pasjonaci, czy ludzie, dla których słowiańskość jest życiem, czymś więcej, niż zwykłym hobby. Spotkałam mnóstwo przeróżnych osób. Ponadto festiwal obfitował w zróżnicowane wydarzenia; spotkania autorskie z pisarzami słowiańskich książek, warsztaty o rozległej tematyce, wykłady, czy to, co mnie najbardziej ciekawiło: inscenizacje słowiańskich obrzędów. Ponadto na każdym kroku, można było spotkać ludzi trudniących się słowiańskim rękodziełem, a także występowały zespoły muzyczne, tworzące muzykę ludową, w klimatach właśnie słowiańskich.



Jak wyglądał Festiwal?

Piątek

    Wszystko zaczynało się w piątek około 15.00, gdzie rozpalono ognisko (dla dawnych Słowian ogień był bardzo ważny i stanowił istotny element w ich wierzeniach), ale niestety początek mnie ominął, bo do południa byłam w pracy i dopiero potem mogłam wyruszyć, ale dotarłyśmy około 16.00, nie bez małych przygód z samochodem, ale na szczęście wszystko dobrze wynikło. Pierwsze co, to chciałyśmy rozłożyć namiot itp., aby mieć wszystko na gotowe i później nie musieć się z tym obtykać. Pomimo tego, że nie przyjechałyśmy od początku, to wiele nie straciłyśmy, bo i tak poszłyśmy na mnóstwo fajnych rzeczy, które tego dnia były zaplanowane. Między innymi obrzęd zaplecin (to takie postrzyżyny, ale u dziewcząt, które polegają na pleceniu warkocza), warsztaty taneczne, gdzie zespół Wilcze Kłaki, który dbał o oprawę muzyczną obrzędów, uczył nas, jak tańczyć oberka (nadal tego nie umiem!), a wieczorem odbył się koncert zespołu Popiół — szczerze mówiąc, nie kojarzyłam tego zespołu i niezbyt mi się podobał, bo to dla mnie trochę już za mocne brzmienie, ale pod koniec występu, całkiem nieźle się bawiłam. Natomiast później odbyła się potańcówka, gdzie tańczyliśmy właśnie między innymi oberka. Podobno ta zabawa trwała od 21.30 do 2.00 w nocy, ale my około północy padłyśmy w namiocie. To był strasznie intensywny wieczór, a mnie do dzisiaj bolą stopy po tych skocznych tańcach :D. Jednak podczas potańcówki poznałyśmy kolejne świetne osoby, z czego z dwoma dziewczynami: Julką i Gosią świetnie się dogadywałyśmy i miałyśmy towarzystwo na resztę festiwalu — jeżeli to czytacie, to Was pozdrawiam! A mem, który tu wstawiam jest właśnie autorstwa Gosi i w punkt podsumowuje naszą naukę oberka. 




Sobota

    Drugi dzień festiwalu był jeszcze bardziej aktywny, niż pierwszy, bo to właśnie wtedy działo się najwięcej. Najgorsze było to, że niektóre wydarzenia się na siebie nachodziły i trzeba było wybierać, pomiędzy fajnymi rzeczami, które chciałoby się zrobić. Wszystko rozpoczynało się od 10.00, więc wtedy już byłyśmy gotowe na spacer zielarski z Michałem Konkielem. Chodziliśmy po grodzie, a zielarz pokazywał nam różne rośliny i opowiadał o nich. Żałuję, że nie miałam wtedy nic do pisania, bo to był naprawdę kawał wiedzy przekazanej w bardzo ciekawy sposób. Wybrałam się również tego dnia na warsztaty kreatywnego pisania, ale niestety byłam tylko na połowie zajęć, ponieważ chciałam być na spotkaniu autorskim z Anią Jurewicz, które prowadziła Wiktora ze Slavic Book, wiec tutaj ponownie musiałam wybierać spomiędzy fajnymi rzeczami. Obie dziewczyny podpisywały również swoje książki, a ja oczywiście zabrałam egzemplarze Sub Rosy i Czerwonej Baśni.

    W sobotę pokazywano również obrzęd, którego najbardziej byłam ciekawa: słowiański Ślub, czyli Swaćba, To było bardzo ciekawe wydarzenie, a wieczorem dowiedziałam się, że ta para traktowała to jako prawdziwy ślub, ponieważ miałam okazje rozmawiać z rodzimowierczynią, która należała do tej samej grupy, co oni. Co prawda była to tylko inscenizacja, ale jednak prowadzona przez prawdziwego kapłana słowiańskiej wiary: Sławomira Utę. I to było niesamowite, że mogłam być tego świadkiem, a oni naprawdę wyglądali na szczęśliwych.

    Byłam również na wykładzie o ziołach pomocnym kobietom, które prowadziła Agnieszka Waszak, ale niestety tylko fragmencie, bo padło nagłośnienie, a grupa zebrała się tak duża, że wielu z nas siedziało na trawie poza strefą przeznaczoną na wykład i tam już niestety nie było nic słychać, gdy przestał działać mikrofon. A szkoda, bo dowiedziałam się parę ciekawych rzeczy i myślę, że wiele również straciłam.

    Wieczorem bawiliśmy się przy dźwiękach muzyki: grały dwa zespoły, które tworzą w stylu słowińskim: Daj Ognia oraz Kapela ze wsi Warszawa. I powiem Wam, że Daj Ognia, naprawdę dali ognia! Nie znałam tych zespołów, ale każdy się świetnie bawił, a przestrzeń przed sceną pękała w szwach. Po koncertach było jeszcze zaplanowane letnie kino oraz pieśni przy ognisku, ale z powodu pogody zostały odwołane. Niestety w nocy rozszalała się burza i momentami nie było prądu, ale na szczęście nic nikomu się nie stało i wszyscy to przetrwaliśmy. Jednak dzięki emu załamaniu pogodowemu, poznałam również rodzimowierczynię, o której wspomniałam wcześniej i mogłam dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy. To niesamowite, móc zetknąć się z kimś, kto naprawdę tym żyje, kto naprawdę wierzy, w słowiańskość i o tym opowiada. 




Niedziela

    Na niedzielę zostało, zaplanowane już mnij atrakcji, które mnie interesowały, a niektóre się powtarzały. Np. i w sobotę i w niedziele miał odbyć się spacer zielarski oraz zwiedzanie grodu z przewodnikiem, gdzie miałam zamiar w sobotę być na spacerze, a w niedzielę na zwiedzaniu grodu, bo za każdym razem odbywało się to w tym samym czasie, ale jak dostałam informację, że w niedzielę będą inne rośliny i wyjdziemy poza gród, to od razu uznałam, że już widziałam sama wystarczająco dużo grodu. Tym razem się nieco spóźniłyśmy na te zajęcia, bo rano chciałyśmy spakować wszystkie rzeczy, a deszcz nieco to uniemożliwił, ale udało się odnaleźć nam grupę, a same zajęcia trwały trochę dłużej, więc niewiele straciłyśmy. Niedziela to też był czas, gdy na spokojnie mogłam sobie wszystko obejść, kupić pamiątki, które chciałam (kupiłam sobie piękne kolczyki z Drzewem Życia, pewnie pokażę Wam je na instagramie, któregoś dnia, a także chciałam spróbować piwa z Welesowego Kramu). Zobaczyłam też, jak wygląda Święto Plonów, czyli święto, które Słowianie obchodzili na jesieni. Bardzo chciałam być jeszcze na jednym wykładzie, który był prowadzony przez tego samego pana, co pokazywał nam zioła i na zakończeniu festiwalu, ale z racji pogody postanowiłyśmy wyjechać nieco wcześniej, ponieważ miałyśmy przed sobą ponad trzy godziny jazdy, które mogły się przedłużyć przez niesprzyjającą pogodę.

    Tyle streszczenia tego, co robiłam na festiwalu, chodźmy dalej.


Czy była magia na festiwalu?

    Zdecydowanie tak! Niesamowite było to, jak różni ludzie tam się pojawili: od takich, którzy niewiele wiedza o temacie, takich jak ja, którzy są podjarani książkami w tematyce mitologii, rekonstruktorzy historyczni, oraz rodzimowiercy, czyli ludzie, którzy wciąż wyznają tę wiarę w starych Bogów. To naprawdę coś cudownego.

    Magią było też to, z jaką pasją niektórzy ludzie opowiadali o tym, co robili. Kiedy przechadzałam się przez stragany z rękodziełem w grodzie, to dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy! Bardzo miło będę wspominać Pana Skrzata, który opowiedział nam trochę o symbolach, czy o skrzatach, oraz Pana ze stoiska, na którym kupiłam kolczyki (niestety nie wiem, czy można znaleźć te rzeczy gdzieś w internecie), dużo opowiadał o historii. I to było naprawdę niesamowite, a te opowieści wciągały! To była najlepsza lekcja historii, na jakiej byłam.

    Magią było też wrażenie, że tam czas się zatrzymał, a zewnętrzny świat nie istnieje. Wyobrażasz sobie, że ja tam prawie nie miałam czasu zaglądać w telefon? Może w niedziele bardziej już, ale piątek i sobota, to telefon był mi potrzebny jedynie do nagrywania i robienia zdjęć, a tak to leżał w plecaku, bo  nie miałam kieszeni. Nic poza Grodziskiem w Owidzu i festiwalem się nie liczyło, gdy patrzyłam na to, co się tam dzieje, na ludzi, którzy tą przybyli. To wszystko miało taki niesamowity klimat!



Czy warto było tam jechać?

    Niemal sama, bez towarzystwa znanej osoby, z tyloma przeciwnościami przed wyjazdem? Zdecydowanie tak. Gdyby cofnął się czas, zrobiłabym dokładnie tak samo! No, może tylko zabrałabym aparat!  Już teraz wiem, że w przyszłym roku będę chciała pojechać raz jeszcze, bo nic nie odda tego klimatu, który tam był i nie mogę doczekać się, aż ponownie tego doświadczę. To jak widzimy się za rok w Owidzu?

    A tak dodam jeszcze, że na moim Tik Toku pojawił się filmik z tych trzech dni, więc możecie wpadać i już teraz to obejrzeć, bo na instagramie pojawi się prawdopodobnie dopiero jutro :)

A Ty lubisz festiwale?








Spontaniczny wypad do Pragi ⸻ Co mnie zaskoczyło w Czechach?

Spontaniczny wypad do Pragi ⸻ Co mnie zaskoczyło w Czechach?

    Czarne Światło nigdy nie miało być blogiem podróżniczym, ale lubię wszelkie wycieczki: krótsze, bądź dłuższe, więc postanowiłam, że relacje z nich też się pojawią. Miałam też opublikować post o moim wyjeździe do Gdyni, ale jakoś nie mogłam się zebrać, aby go napisać (ale pewnie to zrobię), jednak w ostatni weekend przydarzył mi się totalnie spontaniczny wyjazd do Pragi. Nie był absolutnie planowany. Ja przebywałam nadal na urlopie (w zasadzie mi się kończył), a moje plany wyjazdowe już wcześniej legły w gruzach, więc miałam zamiar całe dwa tygodnie przesiedzieć w domu i zająć się innymi produktywnymi zajęciami typu uporządkowanie szafy, albo nadgonienie z obróbką zdjęć, czego oczywiście nie zrobiłam. Uprzedzam, że w tym wpisie będzie mnóstwo zdjęć! :) 

    We wtorek była u mnie moja kuzynka i zaczęłyśmy gadać o planach wyjazdowych, które nam nie wyszły i tak od słowa, do słowa stwierdziłyśmy, że możemy jeszcze gdzieś ruszyć w ten weekend: ja miałam urlop, ona też miała wolne, więc miałyśmy do dyspozycji jeszcze czwartek i piątek. Miejsce, w które chcemy pojechać i ogólny plan wycieczki ogarnęłyśmy w godzinę, no może w półtorej. Nad paroma rzeczami musiałyśmy się zastanowić, ponieważ chcieliśmy, aby ten wyjazd był raczej budżetowy, dlatego wybrałyśmy się pod namioty, bo i tak już to kiedyś planowaliśmy i jeszcze nie miałyśmy okazji.

WROCŁAW

    Szybko też uznałyśmy, że zamiast tylko do Pragi, to najpierw odwiedzimy Wrocław, bo i tak jest po drodze, a to także jest piękne miasto. W zasadzie uznałam Wrocław za najpiękniejsze polskie miasto, w jakim do tej pory byłam (nie zwiedziłam ich zbyt wiele, ale to w sumie niezbyt istotne). Mnóstwo pięknych kamieniczek, ślicznie zdobionych budynków i kostka brukowa, która robi świetne wrażenie, choć strasznie bolą nogi od chodzenia po bruku. (Ale udało nam się przeżyć cztery dni wędrowania brukiem, choć stopy bolały.)

    We Wrocławiu obeszłyśmy chyba całą starówkę, poszłyśmy też trasą Krajewskiego, bo Patrycja jest fanką i czyta jego książki. Zabawne było robienie zdjęć na tle budynków, które miały jakieś znaczenie w powieści, a obecnie znajduje się tam na przykład bank albo McDonald. Przeszłyśmy także w okolicach Hali Stulecia, koło Iglicy oraz odwiedziliśmy Ogród Japoński. Wieczorem zawędrowałyśmy także do robiącej wrażenie Galerii Neonów.








    Z racji, że obie jesteśmy ksiażkoholiczkami, to musiałyśmy odwiedzić kawiarnię z książkami: Literatkę oraz Tajne Komplety. Osobiście bardziej podobało mi się w Literatce, choć lemoniadę mieli taką sobie. Jeżeli ktoś szuka miejsca, w którym może poczytać, to właśnie tam się może udać. Dodatkowo zrobiłyśmy też obchód po okolicznych antykwariatach, które były ulokowane niedaleko starówki oraz second handach, szukając jakiś ciekawych łupów. Szczęśliwym trafem udało mi się na promocji kupić dwie książki. Normalni ludzie z wakacji przywożą magnesy, ja natomiast przywożę książki.




    Ponadto udało nam się odwiedzić dwukrotnie Pub Pod Trzema Miotłami. Moim marzeniem było udać się do takiego miejsca: związanego z Harrym Potterem, wiem, że kilka już się ich w Polsce otworzyło: dwa w Krakowie, coś w Bielsku-Białej oraz właśnie we Wrocławiu. Jeżeli cos pominęłam, to dajcie mi znać! Drinki w tym miejscu zdecydowanie magiczne, ale myślę, że o tym zrobię oddzielny post, bo to naprawdę fajne miejsce.

PRAGA

    Do Czech pojechałyśmy w sobotę rano, byłyśmy tam w godzinach ok. 14-.00-15.00. Pierwsze co ogarnęłyśmy to kemping, ponieważ nie chcieliśmy ryzykować tego, że będziemy szukać jakiegoś zadupia, aby nocować w samochodzie. Potem zaczęłyśmy zwiedzanie Praskiej starówki, która zdecydowanie przyćmiewa Wrocław. On był piękny, ale przy Pradze się chowa. Mnóstwo kolorowych uliczek, piękne rzeźby na kamienicach i wiele innych. Największe wrażenie zrobiły na nas Hradczany i Most Karola.
    Trochę zastał nas deszcz, więc poszłyśmy coś zjeść, bo koniecznie chciałyśmy spróbować czeskiej kuchni. Na szczęście gdy wyszłyśmy z lokalu, już nie padało i mogłyśmy kontynuować zwiedzanie.



    Byłyśmy ciekawe także Czeskiego supermarketu, odwiedziłyśmy Penny Market, który okazał się typowo Czeską sieciówką. Większość rzeczy była takich, jak w Polsce: no wiadomo, Czesi mają swoje piwo (którego rzecz jasna spróbowałyśmy), znalazłyśmy też kilka dziwnych słodyczy, ale finalnie żadnych nie kupiłyśmy.

    Odwiedziłyśmy także wąską uliczkę ze światłami, którą odkryłam kiedyś na Tik Toku: bardzo oblegana przez ludzi, którzy chcą sobie zrobić w niej zdjęcie.


    Wracając z Czech, zatrzymałyśmy się jeszcze w Starym Boleslaviu, ponieważ gdy przez to miasteczko przejeżdżałyśmy, to bardzo nam się spodobało i je również postanowiłyśmy zwiedzić. 



Co mnie zaskoczyło w Pradze?

    Granice przekroczyłyśmy w Lubawce i pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, był brak jakiejkolwiek kontroli. Do tej pory nigdy nie byłam za granicą i wyobrażałam sobie to zupełnie inaczej, sądziłam, że to będzie jakaś bramka, że ktokolwiek będzie sprawdzał np. dowody osobiste, a to nie, to ot tak się przejeżdża.

    Nie wiedzieć czemu, w drodze do Pragi trasa skierowała nas na jakieś wioski i (z powrotem skierowało nas na ekspresówkę), gdzie były znaczne ograniczenia prędkości i większość czasu teren zabudowany. Choć krajobraz piękny, to na dłuższą metę było to irytujące. My nie szarżowałyśmy, bo jednak byłyśmy w obcym kraju, nie wiadomo jak z mandatami, ale bardzo zdziwił nas obie fakt, że Czesi jeżdżą strasznie przepisowo. Jeżeli jest teren zabudowany, to jeżdżą tak, jak przepisy przewidują, jeżeli mniej, to tak samo. Nie widziałyśmy, żeby ktoś łamał te przepisy, to było zupełna nowość, bo u nas jest inaczej. Kierowcy wiedzą, ja też nie jestem święta i lubię wdepnąć w pedał gazu. Raz nam się zdarzyło, że po trasie do Pragi ktoś się zirytował i wyprzedzał nas i sznur samochodów przed nami jednocześnie przekraczając prędkość i... tak, samochód na polskich blachach.

    Zaskoczyły nas również ceny. Nie były ani wysokie, ani niskie, raczej porównywalne, co u nas, choć na niektóre produkty były znacznie wyższe, a na inne niższe. Na przykład standardowa cena książki była raczej dużo wyższa niż u nas, artykuły spożywcze, piwo, czy jedzenie w knajpach porównywalnie. Tańsze natomiast były magnesy i pamiątki: u nas nad morzem liczyli sobie o wiele więcej. Droższy był również kemping. Droższa także jest chyba benzyna, choć przyznam z ręką na sercu, że spojrzałam na to tylko na jednej stacji i po przeliczeniu wyszło ponad 9 złotych za litr. Za to gaz mają porównywalnie do nas.


    Najbardziej zaskoczyła mnie jednak cena książek. A także coś jeszcze związanego z książkami: spotkałam tam książki, których u nas nie można już dostać, chyba że ktoś sprzedaje i to za niezłą sumkę, a u nich są normalnie dostępne w księgarni.

    Zdziwił nas nieco również podatek turystyczny, bo nie było o nim wspomniane na początku na kempingu, ale rzeczywiście był wspomniany w regulaminie kempingu. Nie był duży, ale jednak zapłaciłyśmy więcej, niż sądziłyśmy.

    Zaskoczyli mnie także... turyści. A raczej ich ilość. Wiedziałam, że Praga jest bardzo turystyczna, ale nie sądziłam, że aż tak. I spotkaliśmy też mnóstwo Polaków.

    Podsumowując, to jestem bardzo zadowolona z wyjazdu i na pewno będę jeszcze kiedyś chciała Pragę odwiedzić, bo weekend to zdecydowanie za mało, aby zwiedzić całe miasto.

















A Ty kiedyś zwiedziłxś Pragę? 
Copyright © Czarne Światło , Blogger