Dlaczego warto korzystać z Vinted?

Dlaczego warto korzystać z Vinted?

Ostatnio sporo rzeczy wystawiłam na Vintedzie, więc pomyślałam, że warto napisać, dlaczego ten portal jest taki świetny. Nie ukrywam, że korzystałam już z niego wiele razy, choć bardziej sprzedaję, niż kupuję, jednak nabywać rzeczy za jego pomocą także mi się zdarzało. Raczej nie muszę nikomu wyjaśniać co to jest, wobec tego dlaczego warto? Na wstępie dodam, że to nie jest również żaden post sponsorowany, czy coś w ten deseń. Po prostu jak wspomniałam już na wstępie, sama znów wystawiłam większą ilość rzeczy po tym, jak robiłam porządki, więc czemu by o tym nie napisać? Ot, cała filozofia.

Oszczędność to chyba pierwszy i jeden z ważniejszych punktów. Kupując rzeczy na Vintedzie po prostu oszczędzamy, ponieważ za kilka groszy można kupić rzeczy, bardzo często z metkami za które w sklepie zapłacilibyśmy kolosalne sumy. Przykład? Sukienka z mojego najnowszego postu na instagramie (możesz podejrzeć na samym dole bloga) normalnie za taką sukienkę w sklepie trzeba by było dać minimum 300 zł jak nie więcej, a ja zapłaciłam zaledwie 1/3 tej sumy. Takich okazji jest mnóstwo!

Ekologia to kolejny bardzo ważny punkt. Mało kto zwraca uwagę na ekologię, choć cieszę się, że jest nas coraz więcej. Sama nie jestem jakimś specem, a i nie zawsze postępuję hiperekologicznie, ale się naprawdę staram. Kupowanie rzeczy z drugiej ręki, czy przekazywanie ich dalej jest świetną sprawą!


Odgracanie przestrzeni.
Podziwiam minimalistów, serio. Sama bym tak nie potrafiła i nie zamierzam, bo wiem, że to nie dla mnie, ale podziwiam. Jednak dzięki Vintedowi możemy pozbyć się rzeczy, które naprawdę nie są nam potrzebne, a jedynie co, to zajmują tylko miejsce w szafie, albo na półce z książkami, czy jakiekolwiek inne.



I to byłby trzy takie najważniejsze powody. Dlaczego jeszcze lubię Vinted? Portal jest bardzo intuicyjny.  Bardzo przejrzysta strona i świetna wyszukiwarka. Można dokładnie nakreślić czego szukamy i tylko takie rzeczy nam się pokażą (kolor, cena, stan, rozmiar i inne). Oprócz tego można negocjować cenę. Widzisz wystrzałową sukienkę, ale uważasz, że kosztuje zbyt wiele? Możesz zaproponować swoją cenę, którą sprzedający zaakceptuje, bądź nie.  Gdy czegoś szukamy fajną opcją jest także zapisywanie rzeczy do ulubionych i potem możemy łatwo je odszukać. Na przykład gdy szukałam sukienki na wesele, to kilka wpadło mi w oko i kliknęłam ulubione, a potem sobie mogłam wybierać w ofertach, które naprawdę mnie interesują.

Na koniec mała autoreklama, zapraszam na mój profil na Vinted! :)
 

A Ty sprzedajesz bądź coś kupujesz na Vinted?

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf i artystyczna sesja książkowa

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf i artystyczna sesja książkowa

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf to pierwszy tom cyklu Trzy Czarownice. Powieść, o której wcześniej nigdy nie słyszałam i wpadła mi w ręce przypadkiem. Dostałam ją w boxie książkowym, który miał być słowiański (ta książka zdecydowanie słowiańska nie była, ale opowieść wynagrodziła mi braki). Dostajemy ciekawie przedstawioną rzeczywistość; współczesność pełną magii. To dość rzadkie w książkach fantasy, ponieważ wszelkie opowieści o czarownicach i magach umieszczane są w realiach średniowiecznych, jednak tutaj autorka zrobiła zupełnie inaczej.

Akcja powieści dzieje się we Francji, gdzie jest granica, która oddziela świat ludzi od świata demonów. Setki lat temu ustanowił ją Merlin, aby zapanował pokój i aby chronić ludzi przed niebezpiecznymi potworami. Historia nawiązuje do legend arturiańskich, ale rozegrana jest w dzisiejszych czasach, o czym już powiedziałam. Bardzo często jest wspominana właśnie postać Merlina, Artura Pendragona, czy innych, a mieszkańcy wierzą, że setki lat temu oni naprawdę żyli.

Głowna bohaterka jest chora, po tym, jak została ukąszona przez demona i prawie umarła, więc wyjeżdża do Glastonbury, ponieważ to jej jedyna nadzieja, choć wcale nie chce opuszczać rodzinnych stron. Razem z nią jadą siostry, jednak zostawia przyjaciół oraz Ezrę; swojego najlepszego przyjaciela, w którym od dziecka jest zakochana.


Dwa lata później wraca całkiem wyleczona, ale... pozbawiona swojej magii. Przez długi czas sądzi, że właśnie to była cena za jej życie. Do swoich rodzinnych stron przybywa jednak z misją od Kongregacji (to ich człowiek ją uleczył), aby przekonać Wielkiego Mistrza Loży Merlina, by pozwolił Kongregacji negocjować pakt z królem demonów, który lada dzień wygasa. Tak się złożyło, że Wielkim Mistrzem został Ezra, po tym, jak jego ojciec zmarł, a brat przepadł bez śladu i robi wszystko, aby zapobiec wojnie.

Viviane wraca do zupełnie innej rzeczywistości; do innego świata, który zapamiętała. Sytuacja z dnia na dzień pogarsza się coraz bardziej, a ataki demonów się nasilają. Do tego Kongregacja i Loża Merlina nie mogą dojść do porozumienia właśnie wtedy, gdy powinni się zjednoczyć. Loża Merlina utrzymuje, że żądania demonów są nie do spełnienia, natomiast Kongregacja jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich, aby nawiązać pokój. Tyle o fabule.


Przede wszystkim muszę powiedzieć to, co najpierw przykuło mój wzrok i czym zachwyciłam, gdy wzięłam ją po raz pierwszy do ręki. Okładka i ogólnie oprawa graficzna powieści. Pierwszy tom serii Trzy Czarownice została wydana tak przepięknie, tak cudownie! Wydaje mi się, że wydawnictwo Jaguar bardzo dba o to, aby ich książki zatrzymywały swym wyglądem. W środku również jest przepięknie wydrukowana, zresztą widzicie to na zdjęciach. Siostra Gwiazd ewidentnie jest dopracowana w każdym calu! Już od jakiegoś czasu chciałam porobić jakieś artystyczne zdjęcia do okładek z książkami, ale nie było mi po drodze, albo nic mi nie pasowało do oprawy, a tutaj od razu pomysł wpadł mi do głowy.

Historię pochłonęłam błyskawicznie i po prostu nie mogłam się od niej oderwać, tak bardzo mnie wciągnęła. Sklasyfikowana jest jako młodzieżówka i słusznie, bo to w zasadzie jest lekka historia. Taka lekka do czytania fantastyka. Zupełnie niewymagająca. W zasadzie powiedziałabym, że to fantasy na pograniczu romansu z elementami fantastycznymi po prostu, bo jednak ten wątek miłosny przebija tu się później na pierwszy plan. Oczywiście dla mnie wcale to nie jest minus, jeżeli ktoś lubi takie powieści. Sama bardzo rzadko sięgam  takie typowe romansidła, ale nie mówię im nie.

Siostra Gwiazd
 posiada także delikatny wątek trójkąta miłosnego, czyli w tym przypadku jest główna bohaterka i dwóch bohaterów rywalizujących o jej względy, ale nie jest to nachalnie przedstawione. Zdecydowanie jeden z nich jest na pierwszym planie, a ten drugi trzyma się z boku, choć wszyscy wiedzą, co w trawie piszczy. To dla mnie na plus, bo nie lubię ogólnie wątku trójkąta miłosnego, gdzie jeszcze bohater się waha kogo wybrać i pół książki rozważa na ten temat.

Marah Woolf wykreowała wspaniały świat, który również całkiem nieźle wytłumaczyła tak, że czytelnik nie gubi się podczas czytania. Jest też bardzo różnorodny; mamy czarownice, magów (w powieści są podkreślone różnice między nimi), zwykłych ludzi, ale też całą masę demonów tych groźnych i tych całkiem przyjaznych. Wspomniane wyżej nawiązanie do legend Arturiańskich i do wierzeń bodajże celtyckich chyba (mogę się mylić, bo aż tak nie siedzę w temacie) według mnie to świetny pomysł. Nie wiem, czy nie trafiałam na tego typu historie, czy po prostu ta posiada w sobie pewną oryginalność.

Autorka też świetnie kreuje bohaterów. Poznajemy Viviane, jej siostry, Ezrę, Asha i genialnie stworzonego Caleba oraz innych. Każdy z bohaterów wzbudza inne odczucia, nie są zrobieni na jedno kopyto, a to jest bardzo ważne! Razem z Viviane mierzymy się z jej chorobą i misją, a z Ezrą podejmujemy poważne problemy, które posiada i odpowiedzialne decyzje. Asha nie lubię, co też oznacza, że Marah Woolf nadała mu inne cechy, niż reszcie, a sam Caleb wydaje się tak uroczy, że to niemożliwe.

Choć wspomniałam o dobrze wykreowanych bohaterach, to nie byli bez wad. Viviane momentami wydawała mi się zbyt naiwna i uważam, że zbyt wiele było w powieści jej rozterek miłosnych, ale to chyba jedyny minus tej powieści i wydaje mi się, że może denerwować innych, bo faktycznie zachowywała się wtedy jak infantylna nastolatka. Jednak z drugiej strony, to też dowodzi tego, że nie jest jak reszta bohaterów.


Aha i zakończenie... Nie mam pojęcia, jak można zakończyć historię w TAKIM momencie. To jest po prostu zbrodnia, tortura na czytelniku. Drugi tom Siostra Księżyca zostaje wydany we wrześniu i bez wątpienia po niego sięgnę.


Co do samych zdjęć, to ten pomysł wpadł mi nagle i nie mogłam doczekać się, aż go zrealizuję, tylko nie było mi z tym po drodze i miałam mniej czasu, niż zakładałam. Powiem też, że to wcale nie było takie proste zadanie, jak się wydaje, a makijaż tez przysporzył mi trochę trudu. Nie miałam pojęcia, że tak ciężko będzie pomalować usta na niebiesko :D Część zdjęć robiłam telefonem, część aparatem, bo samowyzwalacz nie chciał współpracować, ale efekt mimo wszystko mnie zadowala. 

Jak Ci się podoba efekt? Czy robić więcej takich książkowych sesji? 






Jak inaczej wykorzystać nietrafione kosmetyki?

Jak inaczej wykorzystać nietrafione kosmetyki?

Nie lubię niczego marnować, ani wyrzucać, o czym pewnie już zdarzało mi się mówić (albo i nie). Zdarza się jednak często, że kupi się coś, co okaże się nietrafionym przedmiotem, a potem leży i się kurzy niewykorzystane. Staram się unikać takich sytuacji i jak coś mi już nie służy na przykład książki, czy ubrania to wystawiam na vinted, albo oddaję. Podobnie jest z kosmetykami; oddaję, albo wykorzystuję do końca, starając się znaleźć dla nich jakieś inne zastosowanie. Oto kilka przykładów, jak można pozbyć się niechcianych kosmetyków, a jednocześnie wykorzystać je inaczej!


Stick do konturowania na mokro - ogólnie ten produkt jest bardzo fajny, ale mam się z konturowaniem troszkę na bakier, ale jednak te na mokro nie jest dla mnie, ale mam stick w fajnym odcieniu, którym świetnie da się zrobić także... brwi. Tak! Kiedy już robię pełny makijaż, to na brwiach zazwyczaj mam stick do konturowania z Kobo i tusz do brwi z Oriflame. 

Korektor w nietrafionym kolorze - ile razy zdarzyło się, że jednak nie trafiłam idealnie z kolorem, głownie przy zamówieniach przez internet/katalog. Takiego korektora zazwyczaj odrobinę używałam pod podkład na niedoskonałości, jeżeli bardzo nie odbiegał kolorem, albo po prostu wykorzystywałam go jako bazę pod cienie. Częściej właśnie jako tą drugą opcję. Nie raz podczas wykonywania makijażu potrzebowałam jeszcze nałożyć odrobinkę korektora w trakcie malowania cieniami, więc właśnie taki ten nietrafiony nadawał się idealnie. 

Krem - już parę razy zdarzyło mi się kupić krem, który na moich dłoniach niewiele robił, albo po prostu mi jakoś tak nie pasował. A wiesz, że kremu można użyć także do włosów? Jak na początku o tym usłyszałam, to myślałam, że to jakiś żart, ale potem stwierdziłam, że musze to wypróbować (i chyba zrobić post o głupich pomysłach z Tik Toka, które wypróbowałam xd). Ja próbuje w ten sposób wykorzystać, bo coś tam to działa. Kremowanie włosów to tak jak olejowanie; podkład na włosy, krem/olej, odzywka, umyć głowę i odżywka. Tik tok czasami ma dobre pomysły, nawet jeżeli wydają się pokręcone :D

Szampon do włosów - mnóstwo razy nie trafiłam z szamponem do włosów. Od jakiegoś czasu wykorzystuję go po prostu do mycia pędzli; świetnie się do tego sprawdza.

Żel Aloesowy - żel aloesowy żelowi aloesowemu nie równy. Ogólnie bardzo lubię ten produkt, ale zdarzyło mi się trafić taki niepasujący. Jednak nawet ten, który nie nadał mi się do twarzy i ciała, to jest świetny jako podkład pod olejowanie włosów i wykorzystuję w ten sposób.


To chyba póki co wszystkie tego typu zastosowania, które mi przychodzą do głowy. Jeżeli coś jeszcze się pojawi, to może będzie drugi taki post, aczkolwiek osobiście wolałabym nie trafiać na kosmetyki, które mi się nie sprawdzają :D Z racji, że nie lubię niczego marnować, to nie robiłam do tego wpisu zdjęć, a zamiast tego wykorzystałam takie, które kiedyś do czegoś zrobiłam sama nie pamiętam już po co i teraz tylko kurzyły się na dysku.

A Ty masz jakieś takie swoje sposoby?
Krematorium w Dachau, infantylna nastolatka i słowiańska tkaczka, czyli trochę kultury!

Krematorium w Dachau, infantylna nastolatka i słowiańska tkaczka, czyli trochę kultury!

Wiem, że posty kulturowe cieszyły się sporym zainteresowaniem, ale jakoś ostatnio było mi z nimi nie po drodze, niestety, Dzisiaj jednak przybywam; dwie książki i jeden serial. Ostatnio raczej nic nie oglądam, za to znów troszkę więcej czytam, chociaż nic nie ujęło mnie aż tak, aby zrobić pełną recenzję, więc dzisiaj takie skrócone. 


Nić Arachny autorstwa Renaty Kosik, to książka, którą chciałam przeczytać ze względu na to, że jest w jakimś stopniu słowiańska, dlatego ucieszyłam się, gdy dostałam ją w mixie słowiańskim, który zamawiałam od jednej z dziewczyn chcącej sprzedać książki.  Była to dla mnie nieco dziwna książka, ponieważ raczej bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie wątek słowiański, którego niestety nie ma dużo. Oprócz tego, raczej nie sięgam po powieści umiejscowione w XX wieku, jakoś tak zniechęcają mnie, a tutaj główna część akcji ulokowana jest w latach osiemdziesiątych. Głowna bohaterka, to kilkuletnia Michasia, która dorasta na kartach powieści oraz przez ten czas próbuje rozwikłać rodzinna zagadkę i docieka kto jest kim z jej rodziny. Momentami przenosimy się także sto lat wcześniej, gdzie bohaterami są przodkowie bohaterki. Losy Śmiałkowski momentami wydały mi się zawiłe i gubiłam się w wątkach, kto kim jest, a także bardzo dziwnie było mi czytać o czasach młodości moich rodziców, bo bohaterka obecnie byłby w ich wieku, ale bardzo chętnie sięgnę po kolejny tom, ponieważ powieść mnie wciągnęła i chcę się dowiedzieć, co było dalej. 


Piekarz z Dachau

W zasadzie pewnie nie sięgnęłabym po tą książkę, gdyby nie to, że  przypadkiem wpadła mi w ręce i była dosyć cienka. Na ogół nie czytam literatury wojennej, ale skoro już mam tę powieść, to się zabrałam. Dostałam ją w boxie z Antykwariatu Dyszka, gdzie zamówiłam książki w ciemno. Piekarz z Dachau autorstwa Tomasza Goldszmita to nie jest to lekka powieść, choć miała zaledwie około stu stron, ale także nie przytłaczająca, biorąc pod uwagę tematykę. Główny bohater to tzw. "piekarz", czyli pracownik w obozowym krematorium. Opowiada o życiu w obozie, oraz o tym, jak przygotowali razem z innymi ucieczkę z tego piekła, w którym się znaleźli. Jeśli ktoś lubi klimaty wojenne, to polecę. Nie odradzam jednak, bo ja mimo że nie przepadam za tego rodzaju literaturą, to się wciągnęłam i przeczytałam ją za jednym zamachem. Chętnie także przekażę tę książkę dalej, więc można znaleźć ją na moim Vintedzie. O tutaj! :)

Jeszcze nigdy 

Miałam opowiedzieć kilka słów o drugim sezonie, ale uświadomiłam sobie, ze w ogóle nie wspominałam tutaj o tym serialu. Pamiętam, że jak obejrzałam pierwszy odcinek, to nie mogłam przeboleć głupoty głównej bohaterki, ale byłam również ciekawa, co ona jeszcze odwali. Devi Vishwakumar to nastolatka pochodząca z Indii, ale mieszkająca w Ameryce od urodzenia. Dziewczyna, której trudno jest po stracie ojca oraz próbująca wpasowywać się w schemat tamtejszych dziewcząt. Nigdy nie była popularna, a wychowanie według restrykcyjniejszych hinduskich zwyczajów nieco jej w tym przeszkadza, ale dziewczyna postanawia wszystko zmienić.  Choć sama główna bohaterka jest infantylna i popełnia mnóstwo głupot, to warto obejrzeć ten serial, bo jest z niego mnóstwo śmiechu. 

A Ty znasz którąś z tych książek, bądź serial?


Miejsca w Polsce, które chciałabym odwiedzić

Miejsca w Polsce, które chciałabym odwiedzić

Nigdy się nad tym jakoś szczególnie nie zastanawiałam, ale ostatnio uświadomiłam sobie, że jest kilka miejsc w naszym kraju, które na sto procent chcę kiedyś zobaczyć. Wiecie, mnóstwo razy widziało się jakąś ładną i ciekawą lokalizację i mówiło się "chcę tam pojechać", a potem o tym po prostu zapominaliśmy. No niech pierwszy rzuci kamieniem, kto tak nie miał! Jednak zdałam sobie sprawę, że o kilku z nich wciąż pamiętam i nadal podtrzymuję to, że kiedyś chcę je odwiedzić. Myślę, że stworzenie takiej listy to fajny pomysł, bo może być jakąś motywacją do działania. A Ty masz taką listę?


Góry - jakiekolwiek. Nigdy nie byłam w górach i zawsze mnie do nich ciągnęło, tym bardziej chcę pojechać. Nawet jeżeli komuś takie Zakopane wydaje się oklepane, dla mnie tak nie jest. Ja już mam tutaj wyjazd zaplanowany :) 

Jaworzno - Polskie Malediwy To miejsce odkryłam dzięki Tik Tokowi. Zachwyciłam się tym pięknym widokiem, który sobą przedstawia Park Grodek i chciałabym zobaczyć to na własne oczy, a jak się uda, to wykonać jakąś sesję w tym miejscu. 

Zdjęcie zostało pobrane z profilu facebookowego Parku Gródek

Wolin - Osada Słowian i Wikingów - Wolin mnie intryguje, choćby dlatego, że to wyspa. Nigdy tak naprawdę nie widziałam na żywo wyspy. Najbardziej ciekawi mnie wspomniana Osada Słowian i Wikingów, z racji moimi zainteresowaniami mitologią słowiańską. Chciałabym również zobaczyć choć trochę Wolińskiego Parku Narodowego, bo mam jakiś sentyment do Parków Narodowych chyba wynikający z tego, że sama praktycznie wychowałam się przy Kampinoskim. 

Grodzisko Owidz pod Starogardem Gdańskim może nie zainteresowałoby mnie jakoś szczególnie, mimo, że jest to osada słowiańska, ale co roku organizowany jest tam  Festiwal Mitologii Słowiańskiej, na który bardzo chcę pojechać. Kto wie, być może w tym roku się tam zjawię.

Lublin - sesja na Tarasach Widokowych. Byłam już w Lublinie rok temu zrobić kurs liturgiczny i przy okazji spotkałam się z moją przyjaciółką poznaną w internecie, więc bardzo miło wspominam ten wyjazd, ale nie udało mi się zobaczyć tego, co chciałam; Szklanych Tarasów Widokowych, bo w marcu były jeszcze zamknięte.  Mam nadzieję, że jak pojadę, to wreszcie uda mi się wykonać tam jakąś sesję :) 

Ślęża - to szczyt w Sudetach w Ślężańskim Parku Krajobrazowym. Te konkretne miejsce mnie do siebie przyciąga ze względu na związek ze słowiańskością. Wspomniałam wyżej, że fascynuje mnie Mitologia Słowiańska, więc to dlatego. 

Zdjęcie zostało zapożyczone z bloga Bewilderedslavica; link

Wieś Zalipie - ta miejscowość w województwie Małopolskim i jest okrzyknięta najbardziej kolorową w Polsce. I to już wystarczy, abym chciała tam pojechać. Ludzie tam kultywują wieloletnią tradycję i można zobaczyć piękne, wielokolorowe domostwa.

Większe miasta; 

Chciałabym również odwiedzić większe polskie miasta. Kraków, Wrocław, wspomniany wyżej Lublin, Poznań, Szczecin, Gdańsk, Łódź, Toruń. Kraków to kawał historii Polski. Dawna stolica, siedziba królów. Ciekawi mnie Wawel, Stare Miasto no jest co zwiedzać. Ciekawi mnie także Dziórawy Kocioł, czyli lokal inspirowany między innymi "Harry'm Potterem". Jeśli chodzi o Wrocław to tutaj na pewno chciałabym pójść do tego słynnego oceanarium.  Gdańsk również ma swoją starówkę, czy Toruń, który słynie z Kopernika i pierników. Fajnie by było, chociaż raz te miejsca odwiedzić.

Tutaj moja lista się zamyka jeśli chodzi o Polskę. Oczywiście pewnie dojdą kolejne miejsca, gdy coś mnie zachwyci i na pewno było ich więcej, ale nie każde zapamiętałam.

A Ty jakie miejsce chcesz odwiedzić? 



Jedngarnkowy fit makaron z warzywami

Jedngarnkowy fit makaron z warzywami

 W zasadzie to bardziej warzywa z makaronem, bo to one grają tutaj główną rolę, a sam makaron to tylko dodatek, aby potrawa była bardziej syta. Pomysł na te danie narodził się gdy zastanawiałam się, w jaki sposób mogę jeszcze przyrządzić fasolkę szparagową. Sezon na nią w pełni, a tak się składa, że dostałam od babci całkiem sowitą porcję tego warzywa, jednak powiedzmy sobie szczerze, ile można jeść fasolkę z bułką tartą, prawda? Oczywiście jest bardzo smaczna i w ogóle, no ale jednak wiecie.  W zasadzie to mam tutaj dla Was przygotowane jeszcze kilka innych przepisów, ale zawsze mam problem ze zdjęciami do nich, bo wiem, że fotografia kulinarna nie jest moją mocną stroną. No, ale lecimy ze przepisem!


Składniki

tofu
kalafior
cukinia
fasolka
makaron
odrobina tłuszczu do smażenia
mozarella (u mnie light)

papryka wędzona,
czosnek granulowany,
sól,
pieprz,
siemię lniane (opcjonalnie)


Rozgrzewamy na patelni, bądź w saganku łyżkę oleju (bądź masła, lub innego tłuszczu). W między czasie kroimy tofu w kosteczkę, a potem przez chwilę podsmażamy. Kalafior dzielimy na drobne różyczki i dorzucamy do zarumienionego tofu. Fasolkę kroimy i również dorzucamy. Dodajemy garść makaronu, a potem wszystko zalewamy wodą, tak żeby przykryło warzywa i dusimy, aż warzywa zmiękną i makaron będzie miękki. W międzyczasie dodajemy pokrojoną cukinię. Odparowujemy nadmiar wody (a jeżeli jest jej zbyt dużo, to po prostu odlać, aby niczego nie rozgotować). Doprawiamy papryką wędzoną i czosnkiem granulowanym; nie polecam pomijać tych dwóch przypraw, bo to one nadają takiego fajnego smaku. I oczywiście sól i pieprz. Na koniec można pokroić mozarellę, bądź inny ser, oraz posypać ulubionymi ziarnami; u mnie siemię lniane. Smacznego!


Ten przepis także bardzo łatwo zweganizować, wystarczy wyrzucić, bądź zamienić mozarellę, a dodatkowo to micha pełna warzyw, więc jest fit. Czego chcieć więcej?

Lubicie takie przepisy?

Plener komunijny Nikoli

Plener komunijny Nikoli

 Zakładając tego bloga sądziłam, że będę tutaj wrzucała również fotografie z sesji, które wykonuję, ale życie mnie zweryfikowało i spłatało psikusa, ponieważ zamiast robić dużo sesji,  o jakich marzyłam stałam się bardziej fotografem reportażowym. I choć zazwyczaj mam zgodę na publikację, oraz kilka kadrów wstawiam na swoją stronę na facebooku, to jakoś dziwnie się czuję, gdy wstawiam kadry z większą ilością ludzi, bo choć mam zgodę od zlecających, to być może komuś uwiecznionemu na zdjęciu może się to nie spodobać. 

Dzisiaj jednak przychodzę z sesją tematyczną, czyli plenerem komunijnym Nikoli. Fotografowałam na jej komunii, oraz innego dnia wybraliśmy się do Punktu Widokowego w Granicy w pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. 


W zasadzie coś takiego, jak plener komunijny to dla mnie nowość, w tym roku jakaś dziwna moda na to powstała, bo za moich czasów, gdy ja szłam do komunii, to zdecydowanie tego nie było, jednak to już minęło ponad dekadę od tego czasu. Pamiętam, że w zeszłym roku już widziałam pierwsze sesje komunijne, jednak gdy dwa lata temu mój brat miał komunie to wtedy jeszcze czymś takim nie słyszałam (inaczej Michał też miałby plener^^). Myślę jednak, że taka sesja to dla dziecka również fajna pamiątka, a nie tylko zdjęcia z kościoła, czy z sali, gdzie było przyjęcie. 




Co do samego miejsca wykonania sesji, to bywałam już tam wiele razy. Granica to miejscowość położona niemal w centrum Puszczy Kampinoskiej i to chyba najpopularniejsze miejsce do zwiedzania w tym Parku Narodowym. Kiedyś jako dziecko ze szkoły na wycieczkę jeździliśmy tam co roku, jednak Punkt Widokowy odkryłam całkiem niedawno, bo byłam tam na jesieni i od razu zakochałam się w tym miejscu. Osobiście podoba mi się te miejsce w scenerii jesiennej (na moim instagramie mam tam zrobione zdjęcia), jednak teraz latem również ma swój urok i wygląda zupełnie inaczej, niż je zapamiętałam.













Copyright © Czarne Światło , Blogger