Spontaniczny wypad do Pragi ⸻ Co mnie zaskoczyło w Czechach?

Spontaniczny wypad do Pragi ⸻ Co mnie zaskoczyło w Czechach?

    Czarne Światło nigdy nie miało być blogiem podróżniczym, ale lubię wszelkie wycieczki: krótsze, bądź dłuższe, więc postanowiłam, że relacje z nich też się pojawią. Miałam też opublikować post o moim wyjeździe do Gdyni, ale jakoś nie mogłam się zebrać, aby go napisać (ale pewnie to zrobię), jednak w ostatni weekend przydarzył mi się totalnie spontaniczny wyjazd do Pragi. Nie był absolutnie planowany. Ja przebywałam nadal na urlopie (w zasadzie mi się kończył), a moje plany wyjazdowe już wcześniej legły w gruzach, więc miałam zamiar całe dwa tygodnie przesiedzieć w domu i zająć się innymi produktywnymi zajęciami typu uporządkowanie szafy, albo nadgonienie z obróbką zdjęć, czego oczywiście nie zrobiłam. Uprzedzam, że w tym wpisie będzie mnóstwo zdjęć! :) 

    We wtorek była u mnie moja kuzynka i zaczęłyśmy gadać o planach wyjazdowych, które nam nie wyszły i tak od słowa, do słowa stwierdziłyśmy, że możemy jeszcze gdzieś ruszyć w ten weekend: ja miałam urlop, ona też miała wolne, więc miałyśmy do dyspozycji jeszcze czwartek i piątek. Miejsce, w które chcemy pojechać i ogólny plan wycieczki ogarnęłyśmy w godzinę, no może w półtorej. Nad paroma rzeczami musiałyśmy się zastanowić, ponieważ chcieliśmy, aby ten wyjazd był raczej budżetowy, dlatego wybrałyśmy się pod namioty, bo i tak już to kiedyś planowaliśmy i jeszcze nie miałyśmy okazji.

WROCŁAW

    Szybko też uznałyśmy, że zamiast tylko do Pragi, to najpierw odwiedzimy Wrocław, bo i tak jest po drodze, a to także jest piękne miasto. W zasadzie uznałam Wrocław za najpiękniejsze polskie miasto, w jakim do tej pory byłam (nie zwiedziłam ich zbyt wiele, ale to w sumie niezbyt istotne). Mnóstwo pięknych kamieniczek, ślicznie zdobionych budynków i kostka brukowa, która robi świetne wrażenie, choć strasznie bolą nogi od chodzenia po bruku. (Ale udało nam się przeżyć cztery dni wędrowania brukiem, choć stopy bolały.)

    We Wrocławiu obeszłyśmy chyba całą starówkę, poszłyśmy też trasą Krajewskiego, bo Patrycja jest fanką i czyta jego książki. Zabawne było robienie zdjęć na tle budynków, które miały jakieś znaczenie w powieści, a obecnie znajduje się tam na przykład bank albo McDonald. Przeszłyśmy także w okolicach Hali Stulecia, koło Iglicy oraz odwiedziliśmy Ogród Japoński. Wieczorem zawędrowałyśmy także do robiącej wrażenie Galerii Neonów.








    Z racji, że obie jesteśmy ksiażkoholiczkami, to musiałyśmy odwiedzić kawiarnię z książkami: Literatkę oraz Tajne Komplety. Osobiście bardziej podobało mi się w Literatce, choć lemoniadę mieli taką sobie. Jeżeli ktoś szuka miejsca, w którym może poczytać, to właśnie tam się może udać. Dodatkowo zrobiłyśmy też obchód po okolicznych antykwariatach, które były ulokowane niedaleko starówki oraz second handach, szukając jakiś ciekawych łupów. Szczęśliwym trafem udało mi się na promocji kupić dwie książki. Normalni ludzie z wakacji przywożą magnesy, ja natomiast przywożę książki.




    Ponadto udało nam się odwiedzić dwukrotnie Pub Pod Trzema Miotłami. Moim marzeniem było udać się do takiego miejsca: związanego z Harrym Potterem, wiem, że kilka już się ich w Polsce otworzyło: dwa w Krakowie, coś w Bielsku-Białej oraz właśnie we Wrocławiu. Jeżeli cos pominęłam, to dajcie mi znać! Drinki w tym miejscu zdecydowanie magiczne, ale myślę, że o tym zrobię oddzielny post, bo to naprawdę fajne miejsce.

PRAGA

    Do Czech pojechałyśmy w sobotę rano, byłyśmy tam w godzinach ok. 14-.00-15.00. Pierwsze co ogarnęłyśmy to kemping, ponieważ nie chcieliśmy ryzykować tego, że będziemy szukać jakiegoś zadupia, aby nocować w samochodzie. Potem zaczęłyśmy zwiedzanie Praskiej starówki, która zdecydowanie przyćmiewa Wrocław. On był piękny, ale przy Pradze się chowa. Mnóstwo kolorowych uliczek, piękne rzeźby na kamienicach i wiele innych. Największe wrażenie zrobiły na nas Hradczany i Most Karola.
    Trochę zastał nas deszcz, więc poszłyśmy coś zjeść, bo koniecznie chciałyśmy spróbować czeskiej kuchni. Na szczęście gdy wyszłyśmy z lokalu, już nie padało i mogłyśmy kontynuować zwiedzanie.



    Byłyśmy ciekawe także Czeskiego supermarketu, odwiedziłyśmy Penny Market, który okazał się typowo Czeską sieciówką. Większość rzeczy była takich, jak w Polsce: no wiadomo, Czesi mają swoje piwo (którego rzecz jasna spróbowałyśmy), znalazłyśmy też kilka dziwnych słodyczy, ale finalnie żadnych nie kupiłyśmy.

    Odwiedziłyśmy także wąską uliczkę ze światłami, którą odkryłam kiedyś na Tik Toku: bardzo oblegana przez ludzi, którzy chcą sobie zrobić w niej zdjęcie.


    Wracając z Czech, zatrzymałyśmy się jeszcze w Starym Boleslaviu, ponieważ gdy przez to miasteczko przejeżdżałyśmy, to bardzo nam się spodobało i je również postanowiłyśmy zwiedzić. 



Co mnie zaskoczyło w Pradze?

    Granice przekroczyłyśmy w Lubawce i pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, był brak jakiejkolwiek kontroli. Do tej pory nigdy nie byłam za granicą i wyobrażałam sobie to zupełnie inaczej, sądziłam, że to będzie jakaś bramka, że ktokolwiek będzie sprawdzał np. dowody osobiste, a to nie, to ot tak się przejeżdża.

    Nie wiedzieć czemu, w drodze do Pragi trasa skierowała nas na jakieś wioski i (z powrotem skierowało nas na ekspresówkę), gdzie były znaczne ograniczenia prędkości i większość czasu teren zabudowany. Choć krajobraz piękny, to na dłuższą metę było to irytujące. My nie szarżowałyśmy, bo jednak byłyśmy w obcym kraju, nie wiadomo jak z mandatami, ale bardzo zdziwił nas obie fakt, że Czesi jeżdżą strasznie przepisowo. Jeżeli jest teren zabudowany, to jeżdżą tak, jak przepisy przewidują, jeżeli mniej, to tak samo. Nie widziałyśmy, żeby ktoś łamał te przepisy, to było zupełna nowość, bo u nas jest inaczej. Kierowcy wiedzą, ja też nie jestem święta i lubię wdepnąć w pedał gazu. Raz nam się zdarzyło, że po trasie do Pragi ktoś się zirytował i wyprzedzał nas i sznur samochodów przed nami jednocześnie przekraczając prędkość i... tak, samochód na polskich blachach.

    Zaskoczyły nas również ceny. Nie były ani wysokie, ani niskie, raczej porównywalne, co u nas, choć na niektóre produkty były znacznie wyższe, a na inne niższe. Na przykład standardowa cena książki była raczej dużo wyższa niż u nas, artykuły spożywcze, piwo, czy jedzenie w knajpach porównywalnie. Tańsze natomiast były magnesy i pamiątki: u nas nad morzem liczyli sobie o wiele więcej. Droższy był również kemping. Droższa także jest chyba benzyna, choć przyznam z ręką na sercu, że spojrzałam na to tylko na jednej stacji i po przeliczeniu wyszło ponad 9 złotych za litr. Za to gaz mają porównywalnie do nas.


    Najbardziej zaskoczyła mnie jednak cena książek. A także coś jeszcze związanego z książkami: spotkałam tam książki, których u nas nie można już dostać, chyba że ktoś sprzedaje i to za niezłą sumkę, a u nich są normalnie dostępne w księgarni.

    Zdziwił nas nieco również podatek turystyczny, bo nie było o nim wspomniane na początku na kempingu, ale rzeczywiście był wspomniany w regulaminie kempingu. Nie był duży, ale jednak zapłaciłyśmy więcej, niż sądziłyśmy.

    Zaskoczyli mnie także... turyści. A raczej ich ilość. Wiedziałam, że Praga jest bardzo turystyczna, ale nie sądziłam, że aż tak. I spotkaliśmy też mnóstwo Polaków.

    Podsumowując, to jestem bardzo zadowolona z wyjazdu i na pewno będę jeszcze kiedyś chciała Pragę odwiedzić, bo weekend to zdecydowanie za mało, aby zwiedzić całe miasto.

















A Ty kiedyś zwiedziłxś Pragę? 
10 tanich kosmetyków idealnych na lato!

10 tanich kosmetyków idealnych na lato!

Cześć! Dzisiaj mam dla Ciebie zestawienie kilkunastu tanich, ale za to sprawdzonych kosmetyków wprost idealnych na lato, choć nie tylko. Każdy z nich przetestowałam na sobie i byłam bardzo zadowolona, a w większości wciąż używam i są moimi ulubieńcami. Wszystkie są maksymalnie do 20 zł. Dużo kosmetyków jest do włosów, więc dodam jeszcze, że moje są średnioporowate: jeżeli Ty też takie masz, to prawdopodobnie polubią się i z Twoimi włosami. 


Płyn micelarny Bielenda Bouquet Nature

To jest moje największe odkrycie, jeżeli chodzi o demakijaż. Radzi sobie praktycznie z każdym makijażem, nie podrażnia mi skóry, a przede wszystkim oczu: jest naprawdę bardzo delikatny i dobrze działa. Dopóki nie odkryłam tego płynu, przetestowałam wiele różnych i większość strasznie podrażniała mi oczy. Kosztuje: bodajże 13 zł, czasami można dorwać taniej na promocji. Aktualnie na stronie natury można dorwać go za 5,49!


Szampon w kostce z Lidla, Cień 

Szampon w kostce zawsze wydawał mi się dziwnym produktem, bo jak to tak szampon w formie mydła. Mimo wszystko chciałam jednak spróbować tego specyfiku, bo podobno wydajny no i przede wszystkim ekologiczny, a ja staram się być trochę eko. W Lidlu trafiłam na niego zupełnym przypadkiem, a że był też niedrogi to postanowiłam wziać i zobaczyć, czy się polubię z tym produktem. Obecnie mam zużyte około pół kostki, może nawet nie, ale byłam zachwycona od pierwszego użycia. Są trzy wersje, ja mam ten z zieloną herbatą i aloesem, bo po prostu moje włosy z aloesem się lubią, ale planuję spróbować również innych wersji.

Koszt: około 10 zł.


Mgiełka do ciała Be Beauty Care

Na lato o wiele bardziej wolę mgiełki, niż jakiekolwiek perfumy. Spryskanie się mgiełką przy okazji trochę ochładza, dlatego je lubię. I mgiełek używa się o wiele częściej, niż perfum (przynajmniej ja tak mam), więc nie muszą być jakoś super trwałe, skoro i tak co chwilę się nimi pryskam. Dlatego wystarczą mi te mgiełki z Biedronki: duże butle intensywnym zapachu. Ich trwałość pozostawia sobie trochę do życzenia, ale zapachy są mega! Czego chcieć więcej za 7 złotych? 

Żel aloesowy Be Beuty

Żel Aloesowy to produkt, który przydaje się zawsze i do wszystkiego, zwłaszcza teraz, gdy za bardzo spalimy się na słońcu. Przez długi czas korzystałam z tego z Holiki, który jest świetny, choć cenę ma już mniej fajną. Pamiętam, że do tego biedronkowego nie mogłam się przekonać, żeby używać go do ciała, coś mi w nim nie pasowało, więc aby zużyć nakładałam go tylko pod olejowanie włosów. Nie wiem, w którym momencie się do niego przekonałam, bo teraz uważam, że jest super i praktycznie tylko ten żel kupuję. Jasne, nadal bardziej wolę ten z Holiki, ale ten z Be Beuty też mi się spodobał. I kosztuje około do 15 złotych. 

Maska Harmonia z Hebe

Ta maska to było moje odkrycie wszechczasów. Duża puszka produktu za 11 zł (przynajmniej tyle kosztowała gdy ją kupowałam), teraz widzę, że można dostać ją za 14.99, a to nadal jest świetna cena za litrowy produkt. Jest to maska nawilżająca i na moje włosy działa świetnie, o wiele bardziej wolę ten produkt, niż np nawilżające maski/odżywki z OnlyBio, pomimo tego, że tamte też są świetne.  Ja mam akurat wersję z aloesem i borówką, ale wydaje mi się, że można dostać również inne. Dostępna jest tylko w Hebe, więc polecam tam zajrzeć przy okazji. 

Krem do rąk Eveline Cosmetics ARGAN n VANILLA

To jest ostatnio zdecydowanie mój ulubiony krem do rąk. Jedyny z tego zestawienia, który używam krótki czas, ale jest naprawdę świetny. Oprócz tego, że ślicznie pachnie, to szybko wchłania się w skórę i świetnie nawilża. Bardzo spodobał się moim dłoniom. Kosztuje 11 zł, aktualnie jest na promocji na stronie Natury.

Część moich kosmetyków, albo się już skończyła, albo jest na wykończeniu, więc wolałam dać taki kolaż podglądowy ;) 


Marion olejki orientalne

Olejek do włosów Marion: macadamia oraz ylang-ylang cokolwiek to jest, świetnie zabezpiecza i odżywia końcówki. Póki co, to najlepszy olejek na końcówki, jaki używałam. Jak go gdzieś zobaczę, to na pewno zakupię sobie kolejne opakowanie, bo jest świetny. Póki co się wstrzymuję, bo robię zamówienie w Naturze akurat, a nie widzę go na stronie, ale internety mi mówią, że można dorwać go za niecałe 11 zł za 30 ml.

Bioelixire Olejek z czarnuszki

Kolejny olejek z czarnuszki, który jest wielokrotnie polecany i ja sama również się z nim polubiłam.  Choć ten z Marionu, jak dla mnie jest najlepszy, to temu wiele nie brakuje i mogę postawić go na drugim miejscu. I jego cena też jest niższa, choć biorąc pod uwagę to, że buteleczka to 20 ml, to myślę, że jednak jest na podobnym poziomie. Odkryłam go na Tik Toku i chwała za to, bo jest naprawdę święty. Ma też Filtr UV, więc w sam raz na lato! Nie wiem, jak Ty, ale ja go zamierzam sobie zamówić właśnie po raz kolejny. Kosztuje 7.99, dorwałam w Naturze, za 6,59 :) 

Suchy szampon do włosów Batiste

Ile ja się naszukałam suchego szamponu, który współgrałby z moimi włosami. Batiste było objawieniem, ale tylko ten z kokosem: z innymi moje włosy się nie lubią. Wykorzystałam już kilka, albo nawet kilkanaście opakowań. Moje włosy wymagają codziennego mycia, a wiadomo, że nie zawsze chce się to robić. Zwłaszcza teraz, gdy jest tak gorąco i odechciewa się naprawdę wszystkiego, to suchy szampon jest wybawieniem. Polecam tą markę, każda na pewno znajdzie szampon odpowieni do swoich włosów. 

Balsam Eveline vegan do ciała

To też jest produkt, którego zużyłam już naście opakowań. Pięknie pachnie i świetnie nawilża skórę. Aktualnie nie korzystam, bo staram się używać, jak najmniej kosmetyków i po prostu zastąpiłam go żelem aloesowym, ale jeżeli będę chciała wrócić do balsamu, to tylko i wyłącznie ten. Żaden inny. Wciąż zachwycam się jego zapachem.

Mini paletki cieni z Makeup Obsession

Bonusowo postanowiłam dołożyć jedenasty produkt do listy, choć on jako jedyny kosztuje powyżej 20 zł (ale mniej, niż 30). Uwielbiam palety cieni z tej marki, jak za tą cenę są świetne: o wiele bardziej wolę, niż na przykład tak rozsławione czekoladki z Makeup Revolution.  Na lato świetna jest mini wersja paletek: mieści się w każdej torebce, a do tego ma lusterko, więc zawsze można ją ze sobą zabrać, aby poprawić makijaż. W wersji mini mam tą niebieską i zrobiłam już nią mnóstwo makijaży. 

To już wszystko w dzisiejszym zestawieniu, mam nadzieję, że znajdziesz dla siebie coś wśród polecajek. A może już używasz któryś z kosmetyków? Dodam jeszcze, że ten pis absolutnie nie jest sponsorowany, bo parę razy wspomniałam o promocjach, a pisząc ten wpis, po prostu kompletowałam przy okazji również swoje zamówienie kosmetyków, które aktualnie składałam w Naturze. Mam nadzieję, że podobało Ci się zestawienie tanich kosmetyków na lato do dwudziestu złotych ;) 

Znasz te kosmetyki? Możesz mi podać swoje 3 must have na lato!

Topielice - Silvia Wilczyńska ⸻ recenzja

Topielice - Silvia Wilczyńska ⸻ recenzja

Wielokrotnie mówiłam, że mam fioła na punkcie mitologii słowiańskiej i bardzo często sięgam po fantasy osadzone w takich właśnie klimatach. W efekcie na blogu jest już kilka recenzji powieści w tej tematyce. Topielice przyciągnęły mnie od razu, bo sam tytuł jest mocno sugerujący. Wyhaczyłam tę książkę na Warszawskich Targach Książki, zeszłorocznych... Nie mam pojęcia, dlaczego tak bardzo odwlekałam przeczytanie jej i pewnie nie zabrałabym się za nią nadal, gdyby nie to, że musiałam wybrać sobie powieść na kilkugodzinną podróż pociągiem i padło właśnie na dzieło Sylvii Wilczyńskiej.



Jak dla mnie, to jest to kryminał z elementami fantasy, choć na lubimy czytać, sklasyfikowano go również jako thriller oraz sensację. Na początku wydawało mi się wszystko strasznie zagmatwane i gdyby nie fakt, że czytałam powieść w pociągu, to pewnie dałabym sobie spokój z tą książką, ponieważ nieco mnie irytowała. Od początku pojawiały się jakieś przeskoki, retrospekcje, co było bardzo denerwujące i gubiłam się w akcji. Nie lubię czegoś takiego w książkach, toleruję w umiarkowanych ilościach, ale nie takich, jak tutaj.

Już na początku powieści poznajemy głównych bohaterów, a także dowiadujemy się o śmierci sławnej osoby: w tym przypadku pisarza, którego książki stały się bestselerami. Sprawą zajmuje się duet, który na początku zdecydowanie nie jest zgrany. Vincent Lewicki jest policjantem z długim stażem, natomiast Halszka Hardy, to młoda pani prokurator, którą większość ludzi w branży po prostu bagatelizuje z powodu młodego wyglądu. Kiedy ta dwójka dochodzi do porozumienia, sprawy zaczynają się łączyć i później akcja trochę się nakręca, a ja sama się mocno wciągnęłam i chciałam wiedzieć co dalej. Jednak nie wiem, czy przebrnięcie z trudem przez połowę książki było tego warte. Wracając do fabuły: na powierzchnię wypływają również pewne sprawy sprzed kilkunastu lat dotyczące utopionych kobiet, a także szybko się okazuje, że to, co się stało, zamordowany pisarz opisał w swoich książkach.

Z reguły to nie lubię mówić źle o literaturze, ale ta powieść posiada pełno wad. Na samym początku nie czytało się tego jakoś super. Irytowałam się również tym, że tak po macoszemu potraktowano wątek słowiańskości, który ograniczyła się do gościa z tatuażem symbolu Welesa oraz jakiejś słowiańskiej sekty. Pomysł ciekawy, ale potencjał całkowicie zmarnowany. I w tym temacie najbardziej się niestety zawiodłam.

Daję jednak plusa za postać Halszki, bo potem jak wyszła na jaw jej przeszłość i wątek paranormalny, spojrzałam na nią łaskawiej i w zasadzie bohaterka przypadła mi do gustu.

Myślę, że jak kolejny tom się pojawi, to mimo wszystko prędzej, czy później po niego sięgnę już z czystej ciekawości, aby wiedzieć, jak to się zakończy, ale książka raczej nie najwyższych lotów. Czy polecam? Nie za bardzo.




7 pomysłów na prezent dla Mamy

7 pomysłów na prezent dla Mamy

Nieubłagalnie zbliża się Dzień Matki, pewnie zresztą o tym wiesz, bo zewsząd są reklamy dotyczące tego, co jest idealne na prezent z tej wyjątkowej okazji.  A tak się składa, że tym idealnym prezentem, może być tak naprawdę wszystko (no prawie, nie zaryzykowałabym przyborów kuchennych i czegoś do sprzątania xd) ale najważniejsze, aby trafić w gust swojej mamy. Dzisiaj pokażę Ci kilka pomysłów na to, co może być prezentem: te oczywiste i takie mniej oczywiste.  Kolejność losowa ;) 



Kwiaty - cięte lub doniczkowe, zależy, czy Twoja mama ma tzw. "rękę do roślin'', bo niestety nie każdy posiada ten dar. (Ja na przykład nie, każdą roślinę potrafię zabić!). Jednak jeśli tak, to śmiało możesz wybrać jakiś doniczkowy, który zostanie na dłużej i na pewno będzie o Tobie przypominać. Mogę też być cięte, ale trzeba liczyć się z tym, że zaraz zostaną wyrzucone.

Książka - jeżeli Twoja mama czasem sięga po jakieś książki, to dobra powieść będzie w sam raz, ale zrób najpierw rozeznanie, aby trafić w jej czytelniczy gust. Fajna może też być jakaś książka kucharska, albo inny poradnik (spróbuj przypomnieć sobie, czy Twoja mama nie mówiła, że jakiejś potrzebuje ;) ).

Perfumy - to również będzie trochę oklepane i może nieco kontrowersyjne, ponieważ niektórzy uważają, że kupowanie perfum i ogólnie kosmetyków, jest nietaktem, bo może sugerować, że dana osoba o siebie nie dba. Uważam inaczej. Mama jest kimś bliskim, więc widzisz się z nią często i na pewno wiesz, mniej więcej, jakich perfum używa, a na podstawie tego możesz dobrać zapach, który trafi w jej gust. Albo kupić jej kolejny flakonik jej ulubionych. 

Przerwa na reklamę! Z mojego linku możesz kupić perfumy inspirowane drogimi markami (Chanel, Dior, Gucci, YSL i inne) już 10% taniej! Kliknij i sprawdź! Zawsze też możesz napisać do mnie na instagramie, a wskaże które są odpowiednikami których ;)

Dobre wino - wino, bądź inny alkohol, likier, nalewka, a może jakiś trunek domowej roboty? W Internecie jest mnóstwo przepisów na przeróżne likiery (np z białej czekolady) i nalewki, które nie potrzebują długiego czasu przygotowania. Albo po prostu idź do sklepu i kup jakieś fajne wino.

Sesja zdjęciowa - tym razem coś nietypowego, ponieważ możesz swojej mamie podarować... sesję zdjęciową! Zależy też od charakteru Twojej mamy: może to być fajna sesja kobieca w studio, albo plenerowa w jakimś fajnym miejscu. Może to być sesja tylko dla niej, albo rodzinna: rodzice + dzieci i połączyć to z prezentem na Dzień Ojca. Można też zrobić fajne zdjęcie pokoleniowe. 

PS: Mazowieckie (Sochaczew, Warszawa, Płock, Płońsk, Żyrardów i okolice), oraz łódzkie (Łowicz, Skierniewice i okolice) jestem w stanie wykonać taką okazyjną sesję w plenerze, bądź fotografię pokoleniową :)
Fotoksiążka, zdjęcia, fotoobraz itp. - to poniekąd łączy się z poprzednim punktem, ale jeżeli masz jakieś fajne zdjęcia, możesz je wywołać i dać mamie w ramkę, albo zamówić fajny obraz ze zdjęciem do powieszenia na ścianie. Może to też być foto książka, która jest świetnym nośnikiem wspomnień, albo ręcznie wyklejany album ze zdjęciami. PROTIP: Teraz w tego typu miejscach, gdzie robią takie rzeczy, mogą być promocje na książki, ponieważ o tej porze zamawiają szkoły ;) Wierz mi, wiem co mówię ;)

Bukiet/skrzynka słodkości to już mój ostatni pomysł. Można wziąć fajne pudełko i stworzyć takiego boxa z ulubionymi słodkościami mamy. Albo można zrobić z nich jakiś bukiet, czy kompozycję przypominającą tort. Polecam przejrzeć pinteresta!


Jeśli jeszcze nie masz pomysłu, mam nadzieję, że ten post choć trochę Cię zainspiruje do działania.

A Ty masz już pomysł, co podarujesz swojej mamie?


Fantastyczne Zwierzęta: Tajemnice Dumbledore'a

Fantastyczne Zwierzęta: Tajemnice Dumbledore'a

Ostatnio na ekranach kin pojawił się nowy film z uniwersum Harry'ego Pottera, więc jako zadeklarowana Potterhead, musiałam na niego iść. Tym bardziej że poprzednie części oglądałam gdzieś tam po internetach, więc stwierdziłam, że fajnie byłoby obejrzeć produkcję nie na laptopie, tak jak to do tej pory bywało.

Fantastyczne Zwierzęta to seria filmów, rozgrywająca się w świecie Harry'ego Pottera stworzonego przez J.K. Rowling, ale nie opowiada o bohaterach, których znamy i została osadzona w zupełnie innych czasach. Umiejscowiona jest w realiach, w których świat drżał przed Gelertem Grindelwaldem, a Tajemnice Dumbledore'a to trzecia część cyklu. Dodam jeszcze, że niestety tak średnio pamiętałam poprzednie, więc dużo rzeczy mi się przypomniało w trakcie oglądania.
W Fantastycznych Zwierzętach prym wiedzie Newt Scamander, który jest znanym magizoologiem. Newt wszędzie podróżuje ze swoją walizką pełną magicznych stworzeń i jak się okazuje, pomaga zniszczyć Grindelwalda. I w trzeciej części jest tak samo, dalej stawia mu czoła. Dodam jeszcze, że w tym tekście pojawiają się lekkie spojlery.

Tym razem, mamy do czynienia z Grindelwaldem, który po ucieczce z Nurmengardu został oczyszczony ze wszelkich zarzutów i pragnie przejąć, jak największą władzę. Udało mu się już przejąć niemieckie Ministerstwo Magii i stara się sięgnąć po więcej i nie przebiera w środkach, które do tego stosuje.



Ogólnie rzecz biorąc, ta część była bardziej taka już polityczna, walka o władze, wybory, manipulacje. Zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych odbiorców. O ile seria o nastoletnim czarodzieju jest dla dzieci, to Fantastyczne Zwierzęta już nie. To bardziej produkcja, dla dzieci wychowanych na Harry'm Potterze, które już są dorosłe, aby na nowo mogły przeżywać emocje związane z sagą.
Nie wiem, czy to był celowy zamysł scenarzystów i czy ktoś tez tak miał, bo tak naprawdę pisząc ten tekst, nie widziałam żadnych opinii o filmie, ale Gelert Grindelwald bardzo skojarzył mi się z Hitlerem. Przypominam, uważał mugoli za gorszych i chciał ich całkowicie zniszczyć, a czarodzieje są tymi lepszymi. Tak, podobną ideologię miał Lord Voldemort, ale trzeba pamiętać, że Tom Riddle żył wiele lat później i temat nie był poruszany w taki sposób, jak tutaj. Mam wrażenie, że w Fantastycznych Zwierzętach został pokazany dokładniej, dobitniej. Przedstawiono także temat tolerancji, zakazanych miłości (w tamtych czasach ślub mugola i czarownicy był czymś, z czego rodzina musiała się wstydzić).


W tym filmie wyjaśniono także kilka rzeczy. Pojawił się między innymi brat Dumbledore'a, wspomniano o Arianie i wyjaśniło się pochodzenie Credence'a. Tak właściwie, to ja uwielbiam Kredensa (nie, wcale nie został ta nazwany przez fanów HP, absolutnie!) za jego postać w tym filmie.
No i... Albus Dumbledore. W tej części jest go bardzo dużo: dowiadujemy się między innymi o tym, co go łączył z Grindelwaldem w młodości, to już nie domysły i niejasne informacje przekazane przez autorkę.
Jedyne co mi się nie podobało w tym filmie to kreacja Gelerta. Jednak Johny Depp w tej roli był niezastąpiony, a ten Grindelwald jest taki jakiś... No dodać wąs i mógłby robić za pogromcę Żydów, serio. No, chyba że taki był zamysł.
Miałam również zastrzeżenia do sióstr Goldstein: jednej potencjału nie wykorzystano, a drugiej praktycznie nie pokazano w filmie, gdzie tłumaczenie także było bezsensowne. 
I choć film naprawdę mi się podobał, to jednak miał wiele bezsensownych momentów i nie dużo wniósł. Nie popchnął jakoś akcji do przodu. Pojawiło się też kilka rzeczy, których być nie powinno, choćby Minerwa McGonagall w Hogwarcie, a tak naprawdę wtedy jeszcze się nie urodziła. I mało tez było zwierząt w Fantastycznych Zwierzętach.




Podsumowując: film mi się naprawdę podobał, pomimo tego, że wiele rzeczy zgrzytało i nie było jakiejś wielkiej ilości zwrotów akcji. Jeśli podejdzie się do tej produkcji z nastawieniem, że nie powinno się oczekiwać cudów, to myślę, że się spodoba. Osoby, które jednak bardzo liczyły, że ta część popchnie wszystko do przodu, to się zawiodą. I jak wspomniałam, byłam zadowolona po obejrzeniu, to jednak szału nie zrobił. Mimo wszystko, mam nadzieję, że pojawi się kolejna część, ponieważ zakończenie tej zostało zrobione w taki sposób, jakby twórcy zostawili sobie takie awaryjne wyjście, aby skończyć w tym właśnie miejscu. 

Jaka jest Twoja opinia o Fantastycznych Zwierzętach?

4 składnikowa sałatka idealna na Wielkanocny stół

4 składnikowa sałatka idealna na Wielkanocny stół

W moim rodzinnym domu, bardzo często przy okazji świąt przygotowywano sałatkę ziemniaczaną. Jest prosta, pyszna i sycąca. Osobiście uważam, że jest o wiele smaczniejsza od klasycznej jarzynowej. Ostatnio jednak robiłam również sałatkę ziemniaczaną, taką bardziej resztkową, z tego, co miałam  pod ręką, a nie ze świątecznego przepisu i wyszło mi genialne, a było to bardzo proste połączenie.  Uznałam, że jest idealna na święta i na pewno będę ją robić. Grzech się nie podzielić przepisem!



Składniki

Gotowane ziemniaki

ser żółty

dużo naci pietruszki

majonez/jogurt

sól i pieprz

opcjonalnie groszek lub jajka

Przygotowanie

Ugotowane i ostudzone ziemniaki kroimy w kostkę. Nać pietruszki siekamy drobno. Polecam wrzucić jej bardzo dużo, bo to ona dodaje smaku tej sałatce. Pietruszka oraz ser, który także kroimy w kostkę. Najlepiej użyć jakiegoś wyrazistego, twardego sera: u mnie to grana padano. Dodać sól i pieprz, oraz łyżkę majonezu lub jogurtu naturalnego, albo to i to, tak jak ja zrobiłam.  Dokładnie wymieszać. Smacznego!


Na zdjęciu jest wersja jeszcze z groszkiem, bo robiłam ostatnio tą sałatkę dwa razy, ale jest totalnie tam zbędny! I tak jak widać na fotografii, świetnie pasuje na kanapkę.  Choć herezją może wydawać się jedzenie kartofli z chlebem, to serio jest to dobre.

Może dziwić fakt, że na święta Wielkanocne polecam coś bez jajka, ale w tej sałatce jest ono zbędne. Jeśli jednak nie wyobrażasz sobie świątecznej sałatki bez tego składnika, to śmiało możesz dodać, ponieważ tez idealnie pasuje, choć w tym przypadku uważam, że prostota jest najlepsza :) 

Jak Ci się podoba ten pomysł na sałatkę?

I życzę Ci dobrych i spokojnych świąt :) 

Copyright © Czarne Światło , Blogger