Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slavic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą slavic. Pokaż wszystkie posty
Tofa. Księżniczka Słowian ⸻ Grzegorz Gajek

Tofa. Księżniczka Słowian ⸻ Grzegorz Gajek

     Powieści z tłem historycznym lubię niemalże tak bardzo, jak te z wątkiem fantastycznym, a gdy w książce jest tło historyczne, wątki słowiańskie i jako-takie okruchy tych fantastycznych, to już jestem w niebie. W książce Grzegorza Gajka mamy to wszystko, więc nie mogłam sobie odpuścić jej przeczytania.

     Tofa. Księżniczka Słowian, jak sama nazwa wskazuje, mówi nam o jednej ze słowiańskich księżniczek: córka Mściwoja z plemienia Obodrytów i królowa Danii. Tofa jest jedną z wielu słowiańskich księżniczek, jednak jako jedyna zostawiła po sobie ślad w historii w formie kamienia runicznego ze swoim imieniem — polecam doczytać: można znaleźć w internecie, co dokładnie jest na nim wyryte.


     Tofę poznajemy jako nastolatkę, gdy opuszcza swe rodzinne strony i wyjeżdża do kraju przyszłego męża. Jest to silna, zdecydowana postać, córka wodza, ale jak to nastolatka, ma swoje kaprysy.
Losy Tofy wcale nie są kolorowe, wyjeżdża do obcego kraju, poznaje nieznany jej język, kulturę, nie zna męża, nie wie, jakim jest człowiekiem: spotyka ją taki sam los, jak wielu innych dziewcząt w dawnych czasach. Zostaje żoną Haralda Sinozębnego i staje się królowa duńczyków.
     Przesłuchałam tę książkę gdzieś w tle, jak wiele innych, ale naprawdę w nią wsiąknęłam. Przez kilka dni naprawdę żyłam Tofą, słuchałam o jej życiu, a to plus, bo mnie naprawdę wciągnęła.
     Kolejnym plusem są ciekawi bohaterowie, którzy pojawiają się oprócz Tofy. Bocian — pół słowianin, pół wiking zapatrzony w duńską królową. Stara się ją stale chronić, bardzo nietuzinkowa postać.
     Agara, kochanka władcy, można by uznać, że „prawdziwa królowa” Haralda, bo z nią liczyła się i służba i sam król. Nie lubiłam jej, denerwowała mnie. Ale, jak zawsze powtarzam, jeśli bohater wzbudza jakieś emocje, choćby te negatywne, to znaczy, że jest to dobry bohater.

     Ponadto w Tofie pojawiają się delikatne wątki fantastyczne, wspomniana Agara jest czarownicą. Do tego mamy tutaj dobrze zarysowane początki chrześcijaństwa przeplatające się ze słowiańskością oraz nordyckimi wierzeniami. Myślę, że autor dobrze oddał realia epoki, w której osadzona jest powieść.

     Podsumowując: książka mnie zainteresowała, podobała mi się, chętnie przeczytam drugi tom, gdy tylko się pojawi, bo jestem naprawdę go bardzo ciekawa, zwłaszcza po tym, jak słuchałam o Tofie na spotkaniu autorskim, ale książka nie zapada jakoś bardzo w pamięć. Dla mnie to jest jedna z tych powieści, które pamiętam, że „była i przeczytałam”. Sama Tofa, jako zbuntowana nastolatka potrafi wryć się w pamięci, ale reszta niekoniecznie. Niemniej jednak jest to powieść warta polecenia każdemu, kto lubi literaturę z wątkami słowiańskimi, czy tłem historycznym.


Festiwal Mitologii Słowiańskiej  2023 ⸻ relacja

Festiwal Mitologii Słowiańskiej 2023 ⸻ relacja

    W miniony weekend, w Owidzu w grodzisku okalającym Muzeum Mitologii Słowiańskiej, odbył się VI Festiwal Mitologii Słowiańskiej, czyli, krótko mówiąc, zjazd miłośników naszej rodzimej kultury, mitologii oraz rekonstrukcji. To druga edycja, na którą pojechałam, bo w poprzednich latach wszystko było na opak, ale teraz udało się praktycznie bez przeszkód.

 
    Czym właściwie jest Festiwal Mitologii Słowiańskiej?

    To cykliczny event organizowany od sześciu lat przez Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Grodzisku Owidz pod Starogardem Gdańskim, który zrzesza ludzi z całej Polski, mających coś związanego ze Słowianami. I może jechać tam dosłownie każdy: ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o temacie i jest po prostu ciekawy, ale również prawdziwi pasjonaci, czy ludzie, dla których słowiańskość jest życiem, czymś więcej, niż zwykłym hobby. Spotkałam mnóstwo przeróżnych osób. Ponadto festiwal obfitował w zróżnicowane wydarzenia; spotkania autorskie z pisarzami słowiańskich książek, warsztaty o rozległej tematyce, wykłady, czy to, co mnie najbardziej ciekawiło: inscenizacje słowiańskich obrzędów. Ponadto na każdym kroku, można było spotkać ludzi trudniących się słowiańskim rękodziełem, a także występowały zespoły muzyczne, tworzące muzykę w podobnych klimatach.

    Jak wyglądał festiwal?

    Rozpoczynał się w piątek około godziny 15.00, gdzie rozpalono ognisko, które miało płonąć, przez cały festiwal. Dla Słowian ogień był święty — to również symbol boga ognia Swarożyca. My z lekkim opóźnieniem przez wypadek na autostradzie, dotarliśmy przed 15.00, ale najpierw chcieliśmy rozbić namioty, aby nie musieć przejmować się tym wieczorem. Po ogarnięciu spraw pilnych typu bilety itp., poszliśmy na pierwszy wykład/warsztaty dotyczące przetwarzania ziół z Rosą Jaworską i Konradem Kowalczykiem. Było to bardzo ciekawe, choć już sporo rzeczy o ziołach wiedziałam.

    Planowałam iść jeszcze na wykład o genealogii, ale się nieco przegapiliśmy czasowo, więc to niestety mnie ominęło, czego do tej pory żałuję.
    Wieczorem odbyła się także inscenizacja swaćby, czyli słowiańskiego ślubu. Byłam już na nie zeszłego roku, niemniej jednak warto było zobaczyć to po raz kolejny.
    Wieczorem urządzono także warsztaty tańca i uczono nas oberka oraz potańcówkę. Pamiętam, że rok temu bawiłam się do późnej nocy, w tym roku również zahaczyłam o to wydarzenie, ale nieco krócej.

    W sobotę chyba było najwięcej rzeczy w programie i dla mnie samej to także był najbardziej aktywny dzień. Rozpoczęłam go spacerem ziołowym, który prowadził Michał Konkel: rok temu poszłam przez obydwa dni i byłam zachwycona, więc nie mogłam pominąć tego punktu i w tym roku.
    Potem wybrałam się na spotkanie autorskie z Aleksandrą Seligą: autorką serii Gołoborze, której recenzowałam tom pierwszy, można podejrzeć parę postów wcześniej. Spotkanie prowadziła Wiktoria Korzeniewska Slavicbook.



    Następny był kolejny obrzęd, tym razem żniwny, czyli rozpoczęcie żniw, a po nim poszłam na warsztaty robienia świec z węzy pszczelej. Natomiast wieczorem słuchałam jeszcze prelekcji Natalii Kościńskiej o słowiańskości w popkulturze. To była jedna z rzeczy, które najbardziej mnie interesowały, bo obserwuję Natalię od dawna i bardzo lubiłam jej słowiańskie podcasty (polecam!).    

    Koncertów słuchałam już z pola namiotowego: w tym roku Velesar oraz Kulingrida, a na koniec dnia w sali konferencyjnej zorganizowano mini kino i obejrzałam film o początkach Piastów.

    Niedzielę zaczęłam wcześniej, niż zorganizowane wydarzenia, bo postanowiłam sobie, że pójdę na gród i porobię zdjęcia książkom, które zakupiłam. Ten dzień chciałam także spędzić mniej intensywnie, więc zrezygnowałam ze spaceru ziołowego (choć zapowiedziana wycieczka do lasu kusiła) i zostałam w Strefie z Piecem na dwóch spotkaniach autorskich: z Franciszkiem Piątkowskim oraz Grzegorzem Gajkiem. Ten pierwszy stworzył Uniwersum Powiernika (jeszcze przede mną), natomiast drugi to autor popularnej ostatnio Tofy, oraz Piasta i Bolka: te drugie spotkanie również prowadziła Wiktoria Korzeniewska. Po spotkaniach Grzegorz Gajek prowadził również prelekcje o seksie w średniowieczu, na którym również zostałam. W międzyczasie zahaczyłam również o prezentację nowo powstałej słowiańskiej planszówki.
    Następny w programie był Obrzęd Plonów, którego również nie mogłam przegapić. I to był ostatni punkt programu, na którym byłam.

Co jeszcze?


    Pomiędzy tymi wydarzeniami działo się również wiele świetnych rzeczy! Mogłam się spotkać ze znajomymi poznanymi na zeszłorocznym festiwalu. To obchodzenie kramów, zachwycanie się tym rękodziełem, poznawanie ludzi, rozmowy itp. Festiwal Mitologii Słowiańskiej ma swój niepowtarzalny klimat i na pewno będzie moim stałym punktem w kalendarzu. I pogoda nam naprawdę dopisała, bo rok temu pamiętam, że była burza.


Co przywiozłam z festiwalu?
    Trochę nowej wiedzy, oczywiście! A z takich rzeczy fizycznych, to oczywiście dwie nowe książki: Powiernika i Piasta, o których mówiłam wcześniej, a także kolejne kolczyki, z tego samego kramu, co rok wcześniej: tym razem się dowiedziałam, będąc jeszcze na Ogrodzieńcu, że to kram u Moniki Macewicz, autorki Wiedmy. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy mi się podobają te rzeczy to… mam cztery pary kolczyków od nich. Zakupiłam sobie także kolejną chustę od Green Linden Atelie oraz krem, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, co to był za kram, więc jak widać, parę rzeczy ze sobą przywiozłam.

    Aha, no i w tym roku ZAPOMNIAŁAM zabrać aparatu. Narobiłam jednak dużo zdjęć telefonem, ale jak widziałam fotografów, którzy tam sobie chodzili, to aż mnie świerzbiło, że nie zrobię takiej fajnej fotorelacji, jak chciałam...
 Za to na instagramie są rolki z każdego dnia!







 
Szeptucha ⸻  Katarzyna Berenika Miszczuk

Szeptucha ⸻ Katarzyna Berenika Miszczuk

     Szeptucha to tom rozpoczynający serię Kwiat Paproci autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk. Pierwsze wydania zostały wypuszczone przez wydawnictwo Wab, a obecnie na rynku pojawiają się nowe odsłony cyklu spod wydawnictwa Mięta - dla niezorientowanych, jest to wydawnictwo autorki. 
     Przygody Gosławy Brzózki poznałam co prawda bardzo dawno temu, bo była to jedna z książek, które czytałam przed maturą, a ostatnio postanowiłam zrobić reread, ponieważ na tym blogu nie ma recenzji tej powieści (możecie ją za to znaleźć na starym blogu Book Oaza, ale ta będzie lepsza ;) ). 



     Od jakiegoś czasu słychać o tym, że będzie kolejna część przygód Jarogniewy, dlatego postanowiłam zrobić ten reread, aby być na bieżąco i sobie wszystko przypomnieć i wpadłam na pomysł o dyskusji o książkach, ale nie takich tylko pod recenzją, bo tak możemy dyskutować zawsze. Wymyśliłam kilka konkretnych tematów, które poruszymy, ale o tym jest już powiedziane na instagramie, więc tam Cię odsyłam. Wróćmy jednak do pierwszego tomu cyklu, bo to o niego tu idzie.

Psst... przerwa na reklamę ------ > MÓJ INSTAGRAM!

     Cała akcja rozgrywa się w XXI wieku, ale w alternatywnej rzeczywistości, ponieważ Polska jest silnym, liczącym się w Europie królestwem, w którym panuje Mieszko XII bodajże, a wiara w słowiańskich bogów nie wymarła i ma się bardzo dobrze. Nie możliwe? I pewnie zastanawiasz się jak do tego doszło? Nie wiem. W 966 roku Mieszko I nie przyjął chrztu, a zamiast tego porwał czeską księżniczkę Dobrawę i zostali związani swaćbą, choć jej ojciec liczył na to, że to Mieszko przyjmie chrzest, a ówczesna Polska stanie się chrześcijańska, tak jak to znamy z historii. Jednak to były dość odległe czasy, a wydarzenia zawarte w książce są o wiele nam bliższe, jak już wspomniałam, dzieją się we współczesności. Brzmi ciekawie? Dla mnie bardzo! Tym bardziej, że jestem fanką przeróżnych alternatyw literackich. 

Uroczo - proszę państwa, oto Gosława Brzózka - odrobinę przeterminowana i czerstwa, ale za to ma wizje w bonusie…

     Główną bohaterką jest dwudziestoczteroletnia mieszkanka stolicy; Gosia, ale uwaga; nie Malgorzata, a Gosława. Właśnie ukończyła studia lekarskie i musi odbyć obowiązkowy staż u Szeptuchy, czyli takiej mądrej baby ze wsi. To standardowa procedura, aby stać się lekarzem w Królestwie Polskim, a same szeptuchy, to takie lekarki pierwszego kontaktu, które decydowały, czy leczą pacjenta ziołami i ludowymi sposobami, czy jednak wysyłają do szpitala. 
     Dziewczyna jest typowym przykładem mieszczucha, nienawidzi wsi i panicznie boi się chorób, bakterii, kleszczy i innych owadów, a wejście w las przyprawia ją o atak paniki. W książce dokładnie opisano jej przeciwkleszczowy kombinezon. Do tego to iście prawdziwa słowiańska ateistka.

     Gosia jednak nie ma wyjścia i wyjeżdża w rodzinne strony swej matki; do Bielin pod Kielcami, aby odbyć staż u starej, choć dziarskiej szeptuchy Jarogniewy, potocznie zwanej Babą Jagą, choć nie dlatego, że mieszka w chatce z piernika i pożera małe dzieci, o nie; to tylko taki żartobliwy skrót od jej imienia.

     Dziewczyna na początku swej przygody w Bielinach, poznaje przyprawiającego ją o szybsze bicie serca Mieszka, który jak się okazuje, nie jest taki zwyczajny. Ponadto bardzo szybko Gosia przekonuje się, że bogowie i inne demony jednak istnieją, a ona sama jest rodząca się raz na tysiąc lat widzącą, co przyprawia ją o kolejne kłopoty i wpędza w ogromne niebezpieczeństwo, bowiem bogowie czegoś od niej chcą. Nasza ateistka, bardzo szybko dowiaduje się, że bogowie jednak istnieją. 

     Z tego, co się orientuję, to Gosia chyba nie jest ulubioną postacią Czytelników, ale mnie zawsze bawiła ta jej bojaźń przed kleszczami i w ogóle przyrodą. Ogólnie jedynym z czynników, dzięki któremu tak bardzo lubię prozę Miszczuk to humor zawarty na stronicach jej powieści, a wręcz przerysowana hipochondria Gosławy, bawi mnie najbardziej, zamiast irytować, tak jak innych. Choć sama bohaterka wydaje się trochę infantylna, na jej minus i powieści dochodzi jeszcze mdlenie na widok męskich torsów, jak podlotek, czy fakt, że praktycznie nic nie wie o swojej wieloletniej przyjaciółce. 

Podatki takie same plus nie można już pędzić samogonu, bo prezydent zakazał.

     Bardzo podobała mi się postać Jarogniewy i jej zachowanie wobec ludzi; ta przaśna chustka na głowie dodaje jej lat, kwieciste spódnice i zaciąganie gwarą; uwielbiam takie rzeczy, tym bardziej, że mieszkam w miejscu, gdzie gwara nie istnieje, więc fascynuje mnie jeszcze bardziej. I sama chodzę w kwiecistych spódnicach :D

     Bardzo zabawną postacią był także pewny siebie Radowit; kreowany na takiego typowego mięśniaka-pustaka, co może na początku odrzucać, a jednak momentami potrafił mnie naprawdę zaskoczyć, no i przede wszystkim zawsze mnie rozbawiał.

Jedno można śmiało powiedzieć o Słowianach – umiemy się dobrze bawić.
     Ponadto w powieści występują przeróżni słowiańscy bogowie, tacy jak: Weles, Świetowit, oraz inne demony; płanetnicy, rusałki, wiły, południce, strzygi, wąpierze, czy Leszy, choć w pierwszym tomie nie do końca dowiadujemy się kto jest kim, a jednak pojawiają się takie postacie. 

     W książce zostały też przedstawione słowiańskie święta i uroczystości tutaj bodajże; Jare Święta i Zielone Świątki zwane też Rusałczym Tygodniem. Wydaje mi się, że te, a nie chce Was wprowadzać w błąd, po całej serii, plus dodatku o Jarogniewie, trochę się to miesza. Faktem pozostaje jednak to, że Miszczuk każde święto opisuje dokładnie i przedstawia w bardzo ciekawy sposób. 


     Bardzo chętnie przeczytałam tę powieść ponownie i na pewno jeszcze nie raz to zrobię. Fabuła jest wciągająca i podoba mi się ta wizja tej alternatywnej Polski. To już kolejny wykreowany przez panią Miszczuk świat; niby taki nasz, ale taki nie do końca, bo jednak inna wiara. Może i powieść ma jakieś minusy, typu dla większości irytująca bohaterka, ani nie jest najwyższych lotów, ale dla mnie zawsze będzie wyjątkowa, bo to ona parę lat temu rozbudziła we mnie zainteresowanie słowiańskimi tematami. I po prostu mam do niej ogromny sentyment i sądzę, że nie tylko ja.

     Co tu dużo mówić? Katarzyna Berenika Miszczuk operuje lekkim piórem, humorem, sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i sprawia, że chce jej się czytać więcej, a sama książka jest przesycona słowiańskością po granice możliwości. Ja jestem ogromną fanką jej twórczości. 

Każdy ma w sobie pierwiastek zła. Ludzie bez skazy nie istnieją.



 

A ja zaproszę na instagram i sierpniowe wydarzenie, które szykuję!
Gołoborze: Panna  ⸻ Aleksandra Seliga

Gołoborze: Panna ⸻ Aleksandra Seliga

     Powieść Aleksandry Seligi jest kolejną z tych, które mocno mnie zaintrygowały, gdy tylko o niej usłyszałam. Od razu czułam, że to będzie historia w klimatach, które bardzo lubię: słowiańska i jednocześnie z historycznym tłem. Pomijając wszelkie kontrowersyjne motywy w literaturze, to fantastyka z dawką historii, bądź romans z historycznym tłem, to jedne z moich ulubionych gatunków, a gdy są jeszcze słowiańskie klimaty, to już tak, jakby Peruna za nogi złapać :D. Panna to pierwszy tom, a aktualnie jest dostępny także i drugi. 



     Akcja powieści rozgrywa się na ziemiach Królestwa Polskiego za czasów Bolesława Krzywoustego w okolicach Łysej Góry. W niewielkiej wiosce w puszczy ścierają się ze sobą stare wierzenia z chrześcijaństwem. W okolicy wybudowano opactwo, a mnisi na siłę próbują wyplenić wiarę w pogańskie bóstwa: jest niespełna dwieście lat po tym, jak Mieszko I przyjął chrzest, a wiara Słowian, choć zanika, mimo wszystko wciąż ma się całkiem nieźle. Wciąż palono ogniska, wciąż składano ofiary rozmaitym bóstwom i istniało niemałe grono wyznawców. Gdzieś przeczytałam, że tę książkę przyrównywano do polskich Mgieł Avalonu (a ja Mgły Avalonu kocham całym serduszkiem) i się totalnie z tym zgadzam.
     Główna bohaterka to Nawojka: uczennica czarownicy, którą była jej babka. Starsza kobieta czuła, że kres jej dni jest bliski, więc postanawia przekazać moc wnuczce, a Nawojka przejmuje wszystkie obowiązki kapłanki: leczy ludzi, oraz prowadzi obrzędy, a także walczy z chrześcijaństwem, co obrała sobie za cel. Jednoczy się z innymi zielarkami i stale przeciwstawia się kapłanom nowej wiary.
     Ponadto Nawojka jest tak świetnie wykreowaną postacią! Silna i niezłomna czarownica, ale z ludzkimi słabościami, z którymi zmaga się przez całą książkę.

     Jestem również pod wrażeniem tego, jaki research autorka musiała zrobić, aby umiejscowić akcję w latach, w których się rozgrywa. Im wcześniejsze czasy, tym mniej o nich wiemy, a historia jednak doskonale oddaje klimat tamtych czasów. Ponadto bohaterowie także są ogromnym plusem tej książki, bo nie są papierowi: mają naprawdę dobrą kreację, a samą książkę się wręcz pochłania.

     Minusy? Nie znalazłam.
     Dlatego, bardzo polecam powieść Aleksandry Seligi i nie mogę się doczekać, aż dorwę w ręce tom drugi. 

Gałęziste ⸻ Artur Urbanowicz

Gałęziste ⸻ Artur Urbanowicz

     Na Gałęziste po raz pierwszy natknęłam się kilka lat temu, gdy zaledwie raczkowałam w czytaniu słowiańskich książek i wtedy też je pochłonęłam, jeszcze w tym starym wydaniu. Pamiętam, jak bardzo podekscytowana byłam, gdy zamawiałam nową wersję tej powieści, aczkolwiek po prostu leżała sobie na półce przez długi czas. Leżała i leżała, aż w końcu w kwietniu mnie coś tchnęło i postanowiłam po nią sięgnąć. Nowe wydanie posiada przepiękne ilustracje i twardą oprawę, a także podobnież tekst został przeredagowany. Naprawdę można nacieszyć oczy tą książką.



    W powieści poznajemy Karolinę i Tomka, którzy pomimo różnic są ze sobą od paru już lat. Żeby było ciekawiej, Karolina to praktykująca (naprawdę bardzo praktykująca) katoliczka, natomiast Tomasz to z kolei zatwardziały ateista. Co ich tak naprawdę połączyło i jak ze sobą funkcjonują, nie wiem, ale chyba średnio im to wychodziło, ponieważ w chwili, gdy ich poznajemy, w związku nie dzieje się najlepiej, dlatego dziewczyna, chcąc go ratować, wymyśliła podczas świąt Wielkanocnych wspólną wycieczkę do Suwałk, mając nadzieję, że ten wyjazd na nowo zacieśni ich relację. Mężczyzna jest oporny, ale zgadza się na to, wybierając po prostu mniejsze zło i razem wyruszają ku przygodzie.

Kara, aby była karą, musi mieć też charakter wychowawczy.

    Tych im nie brakuje, ponieważ dojeżdżając na miejsce, okazuje się, że w pensjonacie, w którym wynajęli pokój, nie ma nikogo, jednak w ramach rekompensaty zapominalscy właściciele, skierowali ich do swoich znajomych i opłacili nocleg w urokliwej osadzie Białodęby w samym środku lasu.
Szybko się okazuje, że to nie jest zwykłe miejsce, a lasem włada pewien potężny demon, któremu cześć oddają Jaćwingowie, czyli taka bodajże etniczna(?) mniejszość żyjąca na tamtych terenach, a przy tym bardzo nienawidząca chrześcijan, z których co roku składają ofiarę. Sęk w tym, że na cel obrali sobie rzecz jasna Karolinę i od tego momentu cała akcja się zagęszcza.

    Co mi się podobało?
    Gdybym miała określić książkę tylko jednym słowem, wcale długo bym się nie zastanawiała; genialna. Fajni bohaterowie, świetnie prowadzone wątki, mnóstwo zwrotów akcji. Trzeba przyznać autorowi punkty za wyobraźnię i umiejętność trzymania w napięciu. Mam ogromną ochotę sięgnąć po inne książki tego autora i z przyjemnością to uczynię!

W lesie umarłaś, w las się obrócisz.

    No i jestem autorowi wdzięczna za coś jeszcze. Leszy — czyli demon, który opiekował się lasem. Bardzo podobało mi się wykorzystanie motywu Leszego, choć mam parę słowiańskich książek za sobą, to we wszystkich były, albo szeptuchy, albo upiory i ci, którzy z nimi walczą, a tutaj mamy coś zupełnie innego. Zwłaszcza że postać Leszego, od zawsze bardzo mnie intryguje — prawdopodobnie ma to związek z moim zamiłowaniem do lasów i wędrówek po nich. Dodatkowo przedstawienie puszczy, jako potęgi, a zarazem w pewnym sensie i świętości. Bardzo przypadł mi ten motyw do gustu. No i na ogromny plus jest także sam pomysł z Jaćwingami — nigdy nie byłam na Suwalszczyźnie i nie przyszłoby mi do głowy, że gdzieś tam są pozostałości po właśnie takich plemionach, o których nie słyszałam, albo nie pamiętam, że słyszałam. Muszę dodać, że wierzenia słowiańskie są przeplecione z kulturą litewskich Jaćwingów. Pogańskie rytuały i różne dywagacje na temat religii, to także były bardzo interesujące wątki, które dołożyły swoją cegiełkę do tego, by sprawić, że „Gałęziste” są jeszcze lepsze.

Zastanawiające, że w całej tej wojnie pomiędzy ateistami a wierzącymi rozważa się tylko dwie możliwości – Bóg istnieje albo nie.
A co jeżeli jest trzecia…?

    Muszę także przyznać, że Artur Urbanowicz, zdecydowanie potrafi zaskakiwać. Zakończenie wbiło mnie w krzesło i rozłożyło na łopatki. W pierwszej chwili myślałam, że to sen, któregoś z bohaterów, ale nie, to nie tak. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, po skończeniu. Ale bardzo mi się podobało, takie przedstawienie sytuacji. Zwykłe; żyli długo i szczęśliwie, byłoby za proste. Znowu, gdyby „ci źli” wygrali, też byłoby za prosto i podejrzewam, że można byłoby się nawet oburzać, że jak to tak. Jednak to, co nam autor zaserwował, było zdecydowanie niespodziewane!


    Nie wiem, czy ta książka ma jakieś wady. No, może jedna postać wydała mi się ciut za idealna, ale to taki drugoplanowy pan, więc nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie. Chociaż mam pewne zastrzeżenia do Karoliny, ponieważ momentami jej religijność była chyba przesadzona, a Tomek był trochę burakiem-cebulakiem i ta jego cecha mogła nieco irytować, choć mnie to bardziej śmieszyło. To trochę tak, jak w przypadku Gosławy z Kwiatu Paproci — wiele osób irytowała, a mnie po prostu śmieszyła.

    To był reread, czy udany? Zdecydowanie tak. Przyjemnie było się na powrót zanurzyć w świecie, który wykreował autor. I nadal podtrzymuję opinię, że jest to mój jeden z ulubionych slavicbooków. Polecam, bardzo, bardzo polecam!

To, że ktoś jest ateistą, nie oznacza od razu, że jest złym człowiekiem. Można być dobrym człowiekiem, ale nie wierzyć. A co więcej - mieć weselsze życie. Ateiści nie muszą nakładać na siebie jakiś chorych, ustalonych odgórnie ograniczeń. Hamować się tylko dlatego, że gdzieś jest tak napisane. Traktować czegoś jak największą świętość, choć nie jest tego warte. Powiedziałbym wręcz, że przez to wiara to największa słabość wierzących. Jakby spętani niewidzialnymi kajdanami, Czasem muszą odmawiać sobie przyjemności na rzecz niby wyższych idei. A to przecież prawie masochizm. A po co uprawiać masochizm na siłę?

Słowiańskie Baśnie i Bajki ⸻ Mieczysław Rościszewski

Słowiańskie Baśnie i Bajki ⸻ Mieczysław Rościszewski

    Pokazywałam Wam ostatnio na instagramie, że w kwietniu nabyłam sobie Baśnie i Bajki Słowiańskie, ponieważ bardzo mnie ciekawiły. Mówiłam również trochę o moich odczuciach względem nich, gdy czytałam na bieżąco i niestety nie były one tak pozytywne, jak zakładałam. Nie chcę również powiedzieć, że to jest zła książka, bo tego jednak rzec nie mogę.

    To zbiór opowiastek ludowych z różnych części Europy, zebrane przez Mieczysława Rościszewskiego, a właściwie przez Bolesława Londyńskiego, bo nazwisko na okładce, to jeden z pseudonimów autora. Jest to książka, którą Wydawnictwo Replika wznowiło, ponieważ pierwsza wersja ukazała się już wiele lat temu. Sądzę, że zebranie tylu opowieści i to z tak dużego obszaru jest godne podziwu, a jednak uważam, że tytuł książki jest zupełnie nieadekwatny. Bardziej by pasowało, aby słowo słowiańskie zamienić na ludowe, aby nie wprowadzać czytelników w błąd.
    Skąd mój zarzut? Osobiście uważam, że nie można uznać wszystkiego, co ludowe, za typowo słowiańskie, a tak to zostało przedstawione. Oczywiście, w kilku opowiadaniach występowały demony, które funkcjonują w naszej rodzimej mitologii, takie jak biesy, czy wodniki. Pojawiały się także przeróżne wiedźmy. Jednak ich odsetek był niewielki, za to było mnóstwo bajek o wilkach, owcach, czy głupich chłopach itp. Jednak, jakby nie było, są to baśnie zebrane z terenów krajów słowiańskich, a sama słowiańskość przetrwała w przekazach ludowych, więc może niepotrzebnie się czepiam, ale takie właśnie odniosłam wrażenie.


    Czy to źle? Tego bym nie powiedziała, jednak spodziewałam się czegoś innego. Sięgając po ten zbiór, liczyłam na więcej słowiańskich demonów, łaknęłam opowieści o topielcach, zmorach, lichu, domownikach i innych. I nie dostałam tego, czego oczekiwałam.
    Baśnie i bajki zostały podzielone krainami alfabetycznie, co też nie uważam za nie najlepszy zabieg, ponieważ zaczynając od bułgarskich, czy bośniackich, gdzie jest trochę nawiązań do Imperium Osmańskiego, można się zrazić. Dla mnie był to miły akcent, ponieważ parę lat temu bardzo interesowałam się nowożytnym Imperium Osmańskim i jestem obeznana w temacie, ale jeśli ktoś jest w tym zielony, to czytając o tym, może się lekko zgubić. Mimo wszystko nie uznałabym jednak tego za poważną wadę.


    Były jednak w książce utwory, które naprawdę mi się podobały, a kilka tekstów zaskoczyło. No i wielu z nich nie znałam, choć przewijały się baśnie i bajki, które już gdzieś czytałam, bądź słyszałam. Choćby ta o Białośnieżce, choć pierwsze słyszę, aby była to polska opowiastka. Nie uważam jednak, aby to były bajki i baśnie skierowane dla dzieci, raczej dla starszego czytelnika, który po prostu interesuje się słowiańskimi tematami.
    Na plus dla tej powieści jest także to, że wydanie posiada ilustracje, a to zawsze jakieś ciekawe urozmaicenie. No i warto wspomnieć, że to twarda oprawa, więc nie ulegnie tak szybko zniszczeniu. Kolejnym jej atutem jest także prosty język i fakt, że czytało się ją naprawdę szybko.
    Uważam, że to bardzo przeciętna książka, jednak nie odradzam. Warto sięgnąć po nią choćby z czystej ciekawości bądź po prostu z nudy. 

Trzy Wielkanocne zwyczaje zaczerpnięte od Słowian!

Trzy Wielkanocne zwyczaje zaczerpnięte od Słowian!

    Ten post miał pojawić się wczoraj, ustawiłam automatyczną publikację, ale musiało się coś nie przeklikać. Jednak fakt, iż święta już minęły, nic nie zmienia, bo ten wpis jest nadal aktualny.

    Ostatnio wrzucałam trzy inspiracje na Wielkanocne jajka i w tamtym wpisie mówiłam także o moim mało świątecznym podejściu do jakichkolwiek świąt: dla mnie to tylko wolne i okazja do spotkania z innymi. Nie mają dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak dla innych, ale znam tradycje, które każdemu z nas są wpajane od dziecka. Jednak, czy wiesz, skąd tak naprawdę wzięły się te wszystkie tradycje i zwyczaje, które kultywujemy podczas świąt? Co Ci się najbardziej kojarzy z Wielkanocą? Jajka, palma wielkanocna, polewanie wodą, święconka, prawda? Można pomyśleć, że fajne te święta, że kościół dawno temu świetnie to wymyślił, ale… Tradycje Wielkanocne, tak jak i innych świąt, tak naprawdę są zaczerpnięte z wierzeń naszych słowiańskich przodków. Wiecie też, że mam fioła na punkcie mitologii słowiańskiej, a ostatnio coraz bardziej interesuje mnie temat współczesnej słowiańskości i słowiańskiego rodzimowierstwa, bo chciałabym ten motyw wykorzystać w jednej z powieści, ale ja nie o tym teraz miałam pisać.
obrazek pobrany z banku zdjęć pixabuy


    Więc jakie elementy Wielkanocy są słowiańskie?
Prawie wszystkie!
    Przede wszystkim, Święta Wielkanocne przejęły swe tradycje od słowiańskich Jarych Godów, czyli uroczystości na cześć przesilenia wiosennego, które było obchodzone mniej więcej w połowie marca (wtedy, kiedy topimy Marzannę, to również część Jarych Godów).
    Jajka — dla Słowian jajka były wyjątkowo ważne. Jest to symbol życia, odrodzenia, czy też amulet przeciwko złym czarom. Istnieje też mit o tym, że świat powstał z jajka. Malowanie pisanek także nie wzięło się znikąd: często malowano symbole ku czci przyrody bądź Mokoszy.
    Śmigus- Dyngus — dawniej to były dwa oddzielne święta. Śmigus to było uderzanie się wierzbowymi gałązkami, aby wzmagać siły witalne, natomiast Dyngus, to polewanie się wzajemnie wodą, aby zapewnić sobie i innym dobre zdrowie.
    Wiosenne Porządki — przed świętami, zwłaszcza tymi na wiosnę zawsze robi się generalne porządki. Dawniej Słowianie wierzyli, że trzeba porządnie posprzątać domostwo, aby wypędzić z niego zimę oraz wszystko, co złe.

    Oczywiście to nie wszystkie tradycje Wielkanocne, które zostały zaczerpnięte z Jarych Godów, ale postanowiłam wyszczególnić właśnie te trzy. 

5 książek do przeczytania na wiosnę

5 książek do przeczytania na wiosnę


    Dzisiaj pierwszy dzień kalendarzowej wiosny, więc pomyślałam, że podrzucę kilka książek właśnie na tę porę roku, choć w planach miałam zupełnie inny tekst, ponieważ mam już skończoną recenzję Wszystkich Naszych Granic Natalii Brożek. Ten pomysł wpadł jednak nagle i bardzo szybko zdominował moje myśli, więc od razu przystąpiłam do realizacji.


    Jakie historie kojarzą mi się z wiosną? Lekkie, wesołe: obyczajówki, delikatne romanse, takie, aby się rozweselić, a nie przytłoczyć po przygnębiającej zimie.

    1. Przebudzenie — Katarzyna Zyskowska
    Tę powieść przeczytałam kilka lat temu, ale była pierwszą, o której pomyślałam, gdy zastanawiałam się, co umieścić w tym poście. Zresztą sam tytuł kojarzy się wiosennie. Pamiętam, że dawniej mnie mocno wciągnęła i teraz mam ochotę przeczytać ją ponownie. Wyjątkowo podrzucę opis z lubimy czytać, bo sama muszę sobie tą powieść, odświeżyć, ale sądzę, że właśnie teraz będzie na to świetna okazja:
Młoda dziennikarka Zuzanna niespodziewanie otrzymuje spadek po nieznanym krewnym — malowniczą posiadłość na Mazurach. Zafascynowana przeszłością swoich przodków, powoli zaczyna zgłębiać tajemnice rodziny. Nie może jednak oprzeć się wrażeniu, że grozi jej niejasne niebezpieczeństwo.
Kto z najbliższego otoczenia dziewczyny jest przyjacielem, a kto śmiertelnym wrogiem?
    2. Szeptucha i cała Seria 'Kwiat Paproci" - Katarzyna Berenika Miszczuk
    To zdecydowanie jest coś, co kojarzy się z wiosną! Uwielbiam prozę Katarzyny Bereniki Miszczuk i każda jej książka ma w sobie coś niesamowitego. Z tą serią jestem mocno związana, bo to ona rozbudziła we mnie miłość do słowiańskości (choć to nie była pierwsza powieść w tym klimacie, jaką przeczytałam). Główną bohaterką jest Gosia, która musi odbyć praktykę u szeptuchy, aby zostać pełnoprawną lekarką. Świat przedstawiony to alternatywna rzeczywistość, czyli jak mogłaby wyglądać Polska w XXI wieku, gdyby Mieszko I nie przyjął chrztu. Wiem, że postać Gosi jest mocno irytująca, więc jeżeli nie lubisz tego typu bohaterów, to polecam Jagę — to prequel tej serii, ale można zacząć od niego, bo niczego nie spojleruje, a opowiada o Jarogniewie, czyli dziarskiej szeptusze, u której Gosia miała praktykę.

    3. Zew Górzystej Krainy — Amy Cameron
    Z wiosną kojarzy mi się też Szkocja: deszczowa, piękna kraina. Nigdy nie byłam nią zafascynowana, ale po przeczytaniu Nie chcę być tobą i po zakochaniu się w serialu Outlander, Szkocja coraz bardziej do mnie przemawia. Ta historia jest właśnie tam umiejscowiona i tak jak w przypadku Przebudzenia, naszła mnie ochota na ponowne przeczytanie tej powieści właśnie teraz.
Lili jest młodą nauczycielką i wyrusza ze swoim narzeczonym w jego rodzinne strony do zamku Highlands, aby poznać rodzinę, do której wejdzie. Tam dowiaduje się o niesnaskach między klanem jej wybranka a klanem Makenzich, a w międzyczasie sama odkrywa swoje korzenie i dowiaduje się, że pochodzi z wrogiego klanu. Z tego, co pamiętam, tam też pojawił się chyba jakiś zakazany romans, o którym nie ma mowy w opisie, co sama bardzo lubię w powieściach.

    4. #Portal Randkowy — Marcin Michał Wysocki
    O tej książce Wam jeszcze nie mówiłam, jakoś nie było okazji, choć miałam zaczętą recenzję gdzieś w plikach roboczych. Kupiłam ją na Jesiennych Targach Książki w Warszawie, bo namówił mnie do tego jej autor. I mnie nie okłamał, są to historie, których się nie spodziewałam. Powieść to zbiór opowiadań, opowieści osób z różnych krajów i ich przeżycia z portalami randkowymi. Historie randkowe okiem mężczyzny. Myślę, że warto po nie sięgnąć niezależnie od pory roku w zasadzie, więc czemu nie na wiosnę?
Tutaj również przytoczę opis z lubimy czytać, bo ładniej jest to ubrane w słowach, o czym ta książka jest :)
Ludzie poszukują w internecie szczęścia. Jednym chodzi o pieniądze i władzę, innym o sławę, a jeszcze innym o rozrywkę czy seks. Miliony pragną jednak odnaleźć tam miłość – niestety z różnym skutkiem. Świat wirtualny, oferujący wprost niewiarygodne możliwości poznawania nowych osób, może być szansą, ale i niebezpieczną pułapką. Ten intrygujący temat podejmuje Marcin Michał Wysocki, znany z doskonale przyjętej powieści obyczajowej Baku, Moskwa, Warszawa. Historie miłosne opisane w zbiorze #Portal randkowy opierają się na prawdziwych wydarzeniach. Książka przedstawia czasem zabawne, a czasem zgubne skutki nieostrożnego poruszania się po świecie wirtualnym. Bohaterowie #Portalu randkowego reprezentują mieszkańców kilku europejskich krajów, jednak łatwo dostrzec, jak bardzo wszyscy jesteśmy do siebie podobni, niezależnie od pochodzenia czy miejsca zamieszkania. Polecamy tę publikację pełną miłości, humoru i emocji, lecz także przedstawiającą nieuproszczony obraz współczesności.
5. Ania z Zielonego Wzgórza — Lucy Maud Montgomery
    Na koniec będzie coś, co każdy na pewno zna i czytał, a jak nie to na pewno każdy widział, chociaż fragment filmu. Mowa o rezolutnej sierocie, która zamieszkała na Zielonym Wzgórzu. I to nie tak, że to książka tylko dla dzieci! Jest to ciekawa powieść, ze świetną bohaterką, przy której nie raz się uśmiechnęłam i myślę, że będzie idealna właśnie na wiosnę. Co tu więcej mówić? Książka w dłoń!

Wiosna i lato to moje ulubione pory roku, dlatego mega cieszę się, że robi się już coraz cieplej. Zawsze miło jest poczytać na dworze albo wyjść na spacer, albo po odwiedzać różne książkowe miejsca. Od razu chce się żyć i jest się mniej przytłoczonym. To jak, Marzanna już utopiona?

A Ty masz jakieś must read na wiosnę?
Droga do Wyraju ⸻ Kamila Szczubełek

Droga do Wyraju ⸻ Kamila Szczubełek

    Drogę do Wyraju odnalazłam szukając prezentu dla przyjaciółki i dość mocno mnie zaintrygowała. A miałam czytać coś zupełnie innego. I choć staram się wyszukiwać powieści osadzonych w słowiańskich klimatach, to akurat o tej lekturze, nigdy wcześniej nie słyszałam. Opis na odwrocie zaciekawia, więc musiałam zobaczyć, czy jest warta zachodu.

    Autorką jest Kamila Szczubełek, a sama powieść została wydana przez wydawnictwo Papierowy Księżyc i to pierwszy tom serii Demony Welesa. Tak naprawdę dopiero teraz spostrzegłam, że istnieje już kontynuacja, po którą również mogę sięgnąć. Nie jest też to specjalnie grube tomiszcze, bo liczy sobie 310 stron, czyli akurat na jeden lub dwa wieczory. 

Okładka

    Pierwsze, na co zwraca się uwagę, to albo okładka, albo opis. Te drugie zdecydowanie mnie zachęciło, natomiast oprawa graficzna, już mniej. Niby nie jest brzydka, ale bardzo kłuje mnie w oczy kiczowato wyglądająca czcionka, którą napisano tytuł, przez co mam odczucie, że powieść wydano przynajmniej dekadę temu i nie zachęca to do czytania, a tak naprawdę historia pojawiła się w księgarniach w 2021 roku. Na plus jest jednak to, że książka posiada skrzydełka, co osobiście uwielbiam, a także została zaopatrzona w mapkę, co znacznie ułatwia rozeznanie się w ziemiach, po których poruszają się bohaterowie. W zasadzie ta historia ma bardzo bogatą oprawę graficzną, ponieważ przy każdym nowym rozdziale widzimy zawieszone Swarzyce - to mi do gustu przypadło, oraz coś, co wygląda źle, jak napis na okładce: małe nietoperze, w których umiejscowiony jest numer strony. Gdybym była grafikiem, chyba nie byłabym w pełni zadowolona, ze stworzenia czegoś takiego, a jednak sama okładka ma w sobie coś, że im dłużej się na nią patrzy, to można dostrzec więcej elementów, niż tylko wysuwający się na pierwszy plan bohater. Ciekawe zagranie, pomimo tych wad, o których wspomniałam.

Fabuła

    Główny bohater to wąpierz Elgan — dla niezorientowanych w mitologii słowiańskiej, wąpierz, jest oczywiście wampirem i tak, istniały one już jako demony słowiańskie, zanim popularny stał się Zmierzch, Dom Nocy, czy Pamiętniki Wampirów. Jak wspomniałam, to demon, a one zazwyczaj zabijały ludzi, bądź im szkodziły, jednak ten osobnik jest zupełnie inny. Lubi ludzkości chce z nimi żyć w zgodzie, a nawet bardzo często pomaga rozwiązywać im ich problemy.
    Pewnego dnia na jego drodze staje Smęt, czyli niegroźny demon sprowadzony przez samozwańczego szamana, niestety roztaczający wokół siebie obrzydliwy zapach, przez co żadne z bóstw nie chciało przyjąć go pod swoją opiekę, nawet Weles, który opiekuje się zmarłymi. Elgan usłyszał, że Czarnobóg przyjmuje wszystkich tych, których nie chciał nikt inny, więc postanowił, że zaprowadzi nowego przyjaciela do Lasu Czarnoboga i razem wyruszają w długą, na początku milczącą podróż.
    W trakcie wędrówki dołącza do nich córka jego przyjaciela, odważna szamanka Dorada, a potem tajemniczy Mirosław. W międzyczasie dowiadują się o znikających z wiosek dzieciach i jednocześnie próbują rozwikłać tę zagadkę, przez co dochodzą do naprawdę niepokojących wniosków, a także Elgan dowiaduje się czegoś o swojej tajemniczej przeszłości jeszcze z czasów, gdy był człowiekiem. Bohater nie wie dlaczego, ale nie ma pojęcia na temat swojego ludzkiego życia. Jak można się też domyśleć,  Elgan i Dorada łapią ze sobą nić porozumienia, o czym przekonujemy się na kartach książki, ale romans to jeszcze nie jest, więc ciekawa jestem, jak to się rozwinie w drugim tomie.
Każdy ma swój świat, wąpierzu. To jest mój. Ty masz swój. Każdy jakiś ma. Ten, w którym się poznaliśmy, to zlepek tych wszystkich rzeczywistości

.                            
Moje wrażenia z czytania

    Historię czytało mi się bardzo szybko i pochłonęłam ja tego samego dnia praktycznie za jednym podejściem. . Napisana jest językiem na przyzwoitym poziomie, ale czasami pojawiają się archaiczne słowa, jednak w niczym to nie przeszkadza. Nie jest to ten typ książki, która jest przepełniona takim słownictwem, gdzie to ciężko się czyta, tutaj to takie dodatki. Bardziej takie smaczki dla Czytelnika.          Trzeba również pamiętać, że jest to debiut autorki, a ja zawsze staram się zwracać na to uwagę, choć nie wiem, czy ma to teraz takie znaczenie, gdy jest tyle książek, które były o wiele lepszymi powieściami debiutanckimi. Zdarzały się momenty, że już mnie nudziły opisy ich wędrówek, ale to niewielki minus. Może gdybym dawkowała sobie czytanie, nic takiego by się nie pojawiło.  Powieść ma jednak też coś, co bardzo lubię, wręcz kocham w lekturach, a mianowicie porządną dawkę sarkazmu, bo nie ma nic lepszego, niż humor w tym, co czytam.

Bohaterowie

    Sami bohaterzy zostali całkiem fajnie wykreowani. Elgan: przeciwieństwo normalnych wąpierzy, nie zabija ludzi, a jest dla nich dobry i żyje w zgodzie. Lubi im pomagać i zajmować się ichniejszymi sprawami. Na drugi plan wysuwa się szamanka Dorada: przemądrzała, odważna, co czasem zakrwawało o głupotę i bardzo irytująca dziewczyna, ale to już dowodzi, że postacie nie są stworzone na jedno kopyto. Oni najbardziej zapadają w pamięć. Smęt to demon, który praktycznie się nie odzywa, a Mirosław pojawił się dosyć późno i się do niego w ogóle nie przywiązałam. Ponadto w historii są jeszcze słowiańscy bogowie: Czarnobóg, Weles, Rod, a także inne demony, nie tylko wąpierz, ale również wiedźmy, czy zmory i strzygi.

Świat przedstawiony

    Świat przedstawiony jest nieco… dziwny. Jest przepełniony słowiańskością, to prawda, ale to zupełnie inny rodzaj słowiańskich wierzeń, niż z książek, które znamy, gdzie zazwyczaj są jakieś alternatywy, czy coś osadzone w czasach współczesnych, albo w tych, kiedy faktycznie czczono te bóstwa. Tutaj jest inaczej, bo akcja dzieje się w wymyślonym Królestwie Villperuny, dlatego ta mapka na początku książki może być bardzo przydatna, aby dokładnie śledzić wędrówkę grupy i nie zgubić się w tym świecie. Jest również przepleciona z elementami innych kultur, ponieważ pojawiają się szamani i znachorzy, ale mimo wszystko uważam, że to bardzo ciekawy zabieg, choć jestem fanką typowo słowiańskich powieści.


Czasem wystarczy jeden człowiek. Jedno źle wypowiedziane słowo.
Podsumowanie

    Podsumowując: książka nie była zła, nie była też wybitnie dobra, czytałam o wiele lepsze. Po drugi tom prawdopodobnie sięgnę, a na Lubimy Czytać dostała ode mnie ocenę 7, choć się troszkę wahałam nad szóstką. Nie odradzam czytania tej lektury, bo nie jest zła, ale też nie będę jej bardzo polecać: to po prostu lekka fantastyka na jeden raz, którą prawdopodobnie się bardzo szybko zapomni. 

___________________________________________________________________________________
Jak Ci się podoba taka forma recenzji, z wyszczególnionymi różnymi elementami? Koniecznie daj mi znać ;) 

Festiwal Mitologii Słowiańskiej ⸻ relacja

Festiwal Mitologii Słowiańskiej ⸻ relacja

    W miniony weekend znalazłam się w niesamowitym miejscu, sprawiające wrażenie, jakby istniało niemal poza realnym światem. Przynajmniej takie wrażenie wywarł na mnie gród w Owidzu, w którym miałam przyjemność przebywać przez trzy ostatnie dni na V Festiwalu Mitologii Słowiańskiej. O tym wydarzeniu, słyszałam już pięć lat temu, gdy tylko się rozpoczęło i od tamtego momentu bardzo chciałam się tam znaleźć. Od trzech lat planowałam wyjazd, ale zawsze stało coś na przeszkodzie, niczym jakieś fatum. Podjęłam kolejną próbę, ale również i w tym roku pojawiło się wiele przeciwieństw, pomimo tego, że już wszystko dopięłam na ostatni guzik i razem z przyjaciółką miałyśmy kupione bilety, to byłam o włos od rezygnacji z wyjazdu. Na szczęście się udało! Swoją drogą, z tym jest też związana ciekawa historia: nie będę się zagłębiać we wszystkie powody, dla których prawie musiałam zrezygnować, ale jednym z nich i to całkiem istotnym był brak towarzystwa, ponieważ moja przyjaciółka nie miała wyjścia i jej plany uległy zmianie, a ja nie miałam zamiaru jechać sama. Przy sprzedaży biletów, pomyślałam, że może jednak mogłabym wybrać się sama do Owidza, a tak się złożyło, że na instagramie Slavicbook był post dla osób szukających towarzystwa na festiwal, bądź tych, którzy mają miejsce w samochodzie/szukają podwózki, więc napisałam tam o wolnym bilecie, oraz że mogę kogoś zabrać po trasie, z której jadę. Tak oto poznałam Martynę, z którą spędziłam większość festiwalu. Odrobinę się cykałam takiego rozwiązania, ale zdecydowanie nie żałuję.


    Najpierw może streszczę te trzy dni i opowiem, co fajnego tam robiłam, a potem podzielę się moimi odczuciami i wspomnę o magii na festiwalu. I będzie tez dużo zdjęć! Co prawda z telefonu, ale na przyszły rok na pewno zabiorę aparat.

Czym właściwie jest Festiwal Mitologii Słowiańskiej?

    To cykliczny event organizowany od pięciu lat przez Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Grodzisku Owidz pod Starogardem Gdańskim, który zrzesza ludzi z całej Polski, mających coś związanego ze Słowianami. I może jechać tam dosłownie każdy: ktoś, kto po prostu nie ma pojęcia o temacie i jest po prostu ciekawy, ale również prawdziwi pasjonaci, czy ludzie, dla których słowiańskość jest życiem, czymś więcej, niż zwykłym hobby. Spotkałam mnóstwo przeróżnych osób. Ponadto festiwal obfitował w zróżnicowane wydarzenia; spotkania autorskie z pisarzami słowiańskich książek, warsztaty o rozległej tematyce, wykłady, czy to, co mnie najbardziej ciekawiło: inscenizacje słowiańskich obrzędów. Ponadto na każdym kroku, można było spotkać ludzi trudniących się słowiańskim rękodziełem, a także występowały zespoły muzyczne, tworzące muzykę ludową, w klimatach właśnie słowiańskich.



Jak wyglądał Festiwal?

Piątek

    Wszystko zaczynało się w piątek około 15.00, gdzie rozpalono ognisko (dla dawnych Słowian ogień był bardzo ważny i stanowił istotny element w ich wierzeniach), ale niestety początek mnie ominął, bo do południa byłam w pracy i dopiero potem mogłam wyruszyć, ale dotarłyśmy około 16.00, nie bez małych przygód z samochodem, ale na szczęście wszystko dobrze wynikło. Pierwsze co, to chciałyśmy rozłożyć namiot itp., aby mieć wszystko na gotowe i później nie musieć się z tym obtykać. Pomimo tego, że nie przyjechałyśmy od początku, to wiele nie straciłyśmy, bo i tak poszłyśmy na mnóstwo fajnych rzeczy, które tego dnia były zaplanowane. Między innymi obrzęd zaplecin (to takie postrzyżyny, ale u dziewcząt, które polegają na pleceniu warkocza), warsztaty taneczne, gdzie zespół Wilcze Kłaki, który dbał o oprawę muzyczną obrzędów, uczył nas, jak tańczyć oberka (nadal tego nie umiem!), a wieczorem odbył się koncert zespołu Popiół — szczerze mówiąc, nie kojarzyłam tego zespołu i niezbyt mi się podobał, bo to dla mnie trochę już za mocne brzmienie, ale pod koniec występu, całkiem nieźle się bawiłam. Natomiast później odbyła się potańcówka, gdzie tańczyliśmy właśnie między innymi oberka. Podobno ta zabawa trwała od 21.30 do 2.00 w nocy, ale my około północy padłyśmy w namiocie. To był strasznie intensywny wieczór, a mnie do dzisiaj bolą stopy po tych skocznych tańcach :D. Jednak podczas potańcówki poznałyśmy kolejne świetne osoby, z czego z dwoma dziewczynami: Julką i Gosią świetnie się dogadywałyśmy i miałyśmy towarzystwo na resztę festiwalu — jeżeli to czytacie, to Was pozdrawiam! A mem, który tu wstawiam jest właśnie autorstwa Gosi i w punkt podsumowuje naszą naukę oberka. 




Sobota

    Drugi dzień festiwalu był jeszcze bardziej aktywny, niż pierwszy, bo to właśnie wtedy działo się najwięcej. Najgorsze było to, że niektóre wydarzenia się na siebie nachodziły i trzeba było wybierać, pomiędzy fajnymi rzeczami, które chciałoby się zrobić. Wszystko rozpoczynało się od 10.00, więc wtedy już byłyśmy gotowe na spacer zielarski z Michałem Konkielem. Chodziliśmy po grodzie, a zielarz pokazywał nam różne rośliny i opowiadał o nich. Żałuję, że nie miałam wtedy nic do pisania, bo to był naprawdę kawał wiedzy przekazanej w bardzo ciekawy sposób. Wybrałam się również tego dnia na warsztaty kreatywnego pisania, ale niestety byłam tylko na połowie zajęć, ponieważ chciałam być na spotkaniu autorskim z Anią Jurewicz, które prowadziła Wiktora ze Slavic Book, wiec tutaj ponownie musiałam wybierać spomiędzy fajnymi rzeczami. Obie dziewczyny podpisywały również swoje książki, a ja oczywiście zabrałam egzemplarze Sub Rosy i Czerwonej Baśni.

    W sobotę pokazywano również obrzęd, którego najbardziej byłam ciekawa: słowiański Ślub, czyli Swaćba, To było bardzo ciekawe wydarzenie, a wieczorem dowiedziałam się, że ta para traktowała to jako prawdziwy ślub, ponieważ miałam okazje rozmawiać z rodzimowierczynią, która należała do tej samej grupy, co oni. Co prawda była to tylko inscenizacja, ale jednak prowadzona przez prawdziwego kapłana słowiańskiej wiary: Sławomira Utę. I to było niesamowite, że mogłam być tego świadkiem, a oni naprawdę wyglądali na szczęśliwych.

    Byłam również na wykładzie o ziołach pomocnym kobietom, które prowadziła Agnieszka Waszak, ale niestety tylko fragmencie, bo padło nagłośnienie, a grupa zebrała się tak duża, że wielu z nas siedziało na trawie poza strefą przeznaczoną na wykład i tam już niestety nie było nic słychać, gdy przestał działać mikrofon. A szkoda, bo dowiedziałam się parę ciekawych rzeczy i myślę, że wiele również straciłam.

    Wieczorem bawiliśmy się przy dźwiękach muzyki: grały dwa zespoły, które tworzą w stylu słowińskim: Daj Ognia oraz Kapela ze wsi Warszawa. I powiem Wam, że Daj Ognia, naprawdę dali ognia! Nie znałam tych zespołów, ale każdy się świetnie bawił, a przestrzeń przed sceną pękała w szwach. Po koncertach było jeszcze zaplanowane letnie kino oraz pieśni przy ognisku, ale z powodu pogody zostały odwołane. Niestety w nocy rozszalała się burza i momentami nie było prądu, ale na szczęście nic nikomu się nie stało i wszyscy to przetrwaliśmy. Jednak dzięki emu załamaniu pogodowemu, poznałam również rodzimowierczynię, o której wspomniałam wcześniej i mogłam dowiedzieć się mnóstwo ciekawych rzeczy. To niesamowite, móc zetknąć się z kimś, kto naprawdę tym żyje, kto naprawdę wierzy, w słowiańskość i o tym opowiada. 




Niedziela

    Na niedzielę zostało, zaplanowane już mnij atrakcji, które mnie interesowały, a niektóre się powtarzały. Np. i w sobotę i w niedziele miał odbyć się spacer zielarski oraz zwiedzanie grodu z przewodnikiem, gdzie miałam zamiar w sobotę być na spacerze, a w niedzielę na zwiedzaniu grodu, bo za każdym razem odbywało się to w tym samym czasie, ale jak dostałam informację, że w niedzielę będą inne rośliny i wyjdziemy poza gród, to od razu uznałam, że już widziałam sama wystarczająco dużo grodu. Tym razem się nieco spóźniłyśmy na te zajęcia, bo rano chciałyśmy spakować wszystkie rzeczy, a deszcz nieco to uniemożliwił, ale udało się odnaleźć nam grupę, a same zajęcia trwały trochę dłużej, więc niewiele straciłyśmy. Niedziela to też był czas, gdy na spokojnie mogłam sobie wszystko obejść, kupić pamiątki, które chciałam (kupiłam sobie piękne kolczyki z Drzewem Życia, pewnie pokażę Wam je na instagramie, któregoś dnia, a także chciałam spróbować piwa z Welesowego Kramu). Zobaczyłam też, jak wygląda Święto Plonów, czyli święto, które Słowianie obchodzili na jesieni. Bardzo chciałam być jeszcze na jednym wykładzie, który był prowadzony przez tego samego pana, co pokazywał nam zioła i na zakończeniu festiwalu, ale z racji pogody postanowiłyśmy wyjechać nieco wcześniej, ponieważ miałyśmy przed sobą ponad trzy godziny jazdy, które mogły się przedłużyć przez niesprzyjającą pogodę.

    Tyle streszczenia tego, co robiłam na festiwalu, chodźmy dalej.


Czy była magia na festiwalu?

    Zdecydowanie tak! Niesamowite było to, jak różni ludzie tam się pojawili: od takich, którzy niewiele wiedza o temacie, takich jak ja, którzy są podjarani książkami w tematyce mitologii, rekonstruktorzy historyczni, oraz rodzimowiercy, czyli ludzie, którzy wciąż wyznają tę wiarę w starych Bogów. To naprawdę coś cudownego.

    Magią było też to, z jaką pasją niektórzy ludzie opowiadali o tym, co robili. Kiedy przechadzałam się przez stragany z rękodziełem w grodzie, to dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy! Bardzo miło będę wspominać Pana Skrzata, który opowiedział nam trochę o symbolach, czy o skrzatach, oraz Pana ze stoiska, na którym kupiłam kolczyki (niestety nie wiem, czy można znaleźć te rzeczy gdzieś w internecie), dużo opowiadał o historii. I to było naprawdę niesamowite, a te opowieści wciągały! To była najlepsza lekcja historii, na jakiej byłam.

    Magią było też wrażenie, że tam czas się zatrzymał, a zewnętrzny świat nie istnieje. Wyobrażasz sobie, że ja tam prawie nie miałam czasu zaglądać w telefon? Może w niedziele bardziej już, ale piątek i sobota, to telefon był mi potrzebny jedynie do nagrywania i robienia zdjęć, a tak to leżał w plecaku, bo  nie miałam kieszeni. Nic poza Grodziskiem w Owidzu i festiwalem się nie liczyło, gdy patrzyłam na to, co się tam dzieje, na ludzi, którzy tą przybyli. To wszystko miało taki niesamowity klimat!



Czy warto było tam jechać?

    Niemal sama, bez towarzystwa znanej osoby, z tyloma przeciwnościami przed wyjazdem? Zdecydowanie tak. Gdyby cofnął się czas, zrobiłabym dokładnie tak samo! No, może tylko zabrałabym aparat!  Już teraz wiem, że w przyszłym roku będę chciała pojechać raz jeszcze, bo nic nie odda tego klimatu, który tam był i nie mogę doczekać się, aż ponownie tego doświadczę. To jak widzimy się za rok w Owidzu?

    A tak dodam jeszcze, że na moim Tik Toku pojawił się filmik z tych trzech dni, więc możecie wpadać i już teraz to obejrzeć, bo na instagramie pojawi się prawdopodobnie dopiero jutro :)

A Ty lubisz festiwale?








Copyright © Czarne Światło , Blogger