Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Zielone smoothie zero-waste, czyli jak wykorzystać liście z rzodkiewki

Zielone smoothie zero-waste, czyli jak wykorzystać liście z rzodkiewki

Dzisiaj przychodzę z postem kulinarnym, ale to nie będzie typowy przepis, choć on także też się niżej pojawi. Wiesz już, że ja nie lubię niczego wyrzucać i choć nie jestem ani minimalistką, ani nie żyję według zasad zero, czy less waste, to jednak czasami przejmuje te nawyki, czy staram się, aby było ekologicznie.



Dawno temu usłyszałam, że liście rzodkiewki są jadalne, a nawet, że są smaczne, a każdy je wyrzuca. Tak samo podobno jest z nacią marchwi, choć tej drugiej nie próbowałam xD. Jednak ta rzodkiewka mnie zaskoczyła, bo przecież każdy je wyrzuca i nawet nie przyszłoby mi do głowy, że można je wykorzystać, więc musiałam to sprawdzić. I okazało się, że są całkiem smaczne, jakbym miała je do czegoś porównać, to powiedziałbym, że liście rzodkiewki to coś pomiędzy szpinakiem, a rukolą, więc jeśli je lubisz, to rzodkiewkową zieleninę także polubisz.

Do czego można wykorzystać liście rzodkiewki?

1. Do sałatek; tak jak sałatę, szpinak, roszpunkę i inną wszelką zieleninę.

2. Na kanapki! Najprostsze rozwiązanie i też pyszne.

3. Do pasty kanapkowej; wiem, że kiedyś robiłam z awokado, z liści i bodajże oleju z suszonych pomidorów, na którymś starym blogu miałam przepis, wiec jak znajdę, to kiedyś go podrzucę.

4. Do smoothie i koktajli i poniżej znajdziesz pomysł na jeden z nich, bo do smoothie możesz dodać tak naprawdę co chcesz.

Zielone smoothie

Składniki; garść liści rzodkiewki, banan, sok z cytryny, jogurt naturalny, cukier lub inne słodzidło, odrobina wody

Wykonanie: wszystkie składniki wrzucić do blendera i zmiksować na gładką masę. Jeżeli lubisz bardziej płynne smoothie, to dolej wody i ponownie wymieszaj.

Generalnie można dodać również inne owoce bądź warzywa; szpinak, pomarańczę, mango, ananas itp i również będzie smaczne. Zależy co masz pod ręką :)  Świetnie sprawdzą się również mrożonki!


A Ty znasz jakieś zastosowanie nieoczywistych części warzyw?

Prosta pasta z białej fasoli

Prosta pasta z białej fasoli

Dzieńdoberek w tą pochmurną niedzielę!   Dawno nie było tutaj czegoś kulinarnego nie? Trzeba to szybko naprawić, więc dzisiaj na tapet wjeżdża kolejny wegetariański, ba nawet wegański przysmak, który jest znany na pewno wszystkim roślinożercom, ale niekoniecznie komuś, kto z nami ma niewiele wspólnego. To jest też przepis, który wyjdzie każdemu, bo tego nie da się zepsuć, a smakuje wyśmienicie. Mowa tutaj o jednej z najprostszych past do chleba; fasolowej. Bardzo często zwana też wegańskim smalczykiem, choć dla mnie niewiele ma to wspólnego ze smalcem, ale nazewnictwo swoją drogą, nie wnikam w takie szczegóły; grunt że smaczne i proste. 


Składniki:

biała fasola 
cebula
olej, bądź oliwa
sól, pieprz, bądź inne ulubione przyprawy do smaku.

Przygotowanie:

Podstawą jest ugotowana biała fasola; może to być namoczona i przygotowana przez Ciebie, albo po prostu taka z puszki. Nie ma tutaj wielkiej różnicy. Cebulkę trzeba drobniutko pokroić i podsmażyć na tłuszczu. Wrzucamy wszystko do kielicha blendera. Dodajemy przyprawy i blendujemy na gładką masę. Jeżeli pasta wydaje się zbyt sucha, można dodać oliwy, bądź wody po fasoli i zblendować. 

I to wszystko, prawda, że proste? 



A Ty robisz takie smarowidła do chleba? Jak jest Twoja ulubiona pasta do chleba? :) 

3 jesienne herbatki na chłodne dni

3 jesienne herbatki na chłodne dni

Jesień już bez wątpienia zastukała w nasze okna i nawet, jak nie chcemy przyjąć tego do świadomości tak jak ja!) to już jest właśnie ta pora, kiedy trzeba z szafy powyciągać grube swetry i koce. Osobiście nie trawię tej pory roku, choć jest to takie mniejsze zło, bo zima to już w ogóle zbrodnia, zwłaszcza dla kierowców. Nigdy mnie też nie ogarnia, ta cała jesienna otoczka, która jest wszechobecna głownie na instagramie; swetry, kocyk, książka, długie skarpetki i te inne szmery-bajery. To zdecydowanie nie dla mnie. I do tego zrobiło się zimno, wszyscy chorzy, więc trzeba się rozgrzać. Czym? Najlepiej zdrowymi, ziołowymi herbatkami! Co prawda jesień nie jest moim sezonem na nie, bo lubię je przez cały rok, ale teraz w okresie przeziębień, to nie zaszkodzi, prawda? Najlepiej jeśli są to zioła ususzone, czy przetworzone przez Was samych - zdecydowanie najzdrowiej, ale można też poszukać w zielarskich sklepach.


Przedstawiam Wam moje ulubione mieszanki, choć rzecz jasna się do nich nie ograniczam i mieszam dowolnie, czasem jeszcze coś dodając, te jednak były najczęstsze, które pojawiają się w mojej szklance.

1. Lipa + pokrzywa + miód + imbir + kurkuma + cytryna
Kilka kwiatów lipy, kilka liści pokrzywy, łyżeczka miodu, plaster imbiru, szczypta kurkumy i plasterek cytryny, Trochę tęsknię za tą mieszanką, bo w tym roku nie mam lipy, ale piję to samo, ale bez tego jednego składnika.

2. Hibiskus + cytryna + imbir
Kilka liści hibiskusa, plaster cytryny, 1-2 plastry imbiru


3. Czarna herbata + cytryna + kurkuma + imbir + miód
Zwykła herbata w torebkach, bądź sypana, plaster cytryny, imbiru, szczypta kurkumy i łyżka miodu. Zamiast cytryny można też użyć pomarańczy, aby zmienić nieco smak. Uwielbiam zwykła herbatę i nie zawsze chce mi się pić mieszanki, więc inne dodatki, to tylko... dodatki, których dorzucam minimalnie dla smaku. 

 

Często w mojej herbacie ląduje pokrzywa i mięta, czasami czystek, czy dawniej pigwa. Opcji jest mnóstwo i można mieszać dowolnie.

Lubicie takie nietypowe herbaty? Podzielcie się swoimi pomysłami!

Jak schudłam prawie 10 kilo bez diety i ćwiczeń?

Jak schudłam prawie 10 kilo bez diety i ćwiczeń?

Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Tobą moją historią... odchudzania bez odchudzania i opowiedzieć, jak to się zaczęło. To jest post zwłaszcza dla dziewczyn, które chciałby poprawić swój wygląd, ale nie są wytrwałe, które uważają że sport i ćwiczenia nie są dla nich i po prostu nie mają siły, aby podjąć walki o własny wygląd. Nie jest to także jakaś cudowna metoda! Jednak kto wie, może te kilka rzeczy, które tu zawarłam też Ci się przyda i później będziesz mogła spojrzeć na siebie z jeszcze szerszym uśmiechem na twarzy, niż teraz? Dlaczego? Bo ze mną jest dokładnie tak samo! Natomiast jeśli nie należysz do tej grupy, to nic, może dowiesz się czegoś ciekawego, albo przynajmniej poznasz moją historię. Jeżeli nie, to pozostaje Ci taki piękny krzyżyk w rogu ekranu :) .

Zawsze byłam gruba - od dziecka. Większa, niż inni, szybciej się męczyłam, nie miałam kondycji, ani ochoty na ćwiczenia, a wf w szkole to dla mnie była istna katorga. Nie wspomnę już o niskiej samoocenie i pewności siebie, a w zasadzie jej braku, a jeśli już jakieś jej zalążki się pojawiały, to skutecznie były deptane przez innych.
Zawsze jednak moja waga utrzymywała się na stałym poziomie - jasne były wahania 1-2 kilo, ale to normalne i tak było od technikum, nie było się czym przejmować. To nie tak, że zaniedbywałam swój wygląd, czy coś, próbowałam kiedyś przechodzić na diety, próbowałam trochę ćwiczyć, ale bez skutku, zawsze polegałam.

 W listopadzie znów weszłam na wagę po tym, jak nie robiłam tego od dawna i przeżyłam małe załamanie, ponieważ licznik wskazywał 87,8 kg, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzyło. Nie wiem, co się zmieniło, ale jak to zobaczyłam, to poczułam nagły przypływ determinacji, ale potem zaraz i tak się sprowadziłam na ziemię, bo po doświadczeniach z przeszłości wiedziałam, że się nie uda.

Krok pierwszy - ograniczenie cukru do minimum

Z dnia na dzień postanowiłam przestać słodzić herbatę i zrezygnowałam z cukru. Co zabawniejsze, kiedyś też próbowałam, ale nie miałam motywacji, nawet jak robiłam to stopniowo, czyli słodziłam na przykład łyżeczkę mniej, to i tak wracałam do starych nawyków. Jednak nie tym razem. Minęło kilka dni, a nagle potrafiłam przyzwyczaić się do gorzkiej herbaty, a dodam jeszcze, że to właśnie ją piję najczęściej w ciągu dnia. Jasne, zdarzały się momenty, że po prostu chciałam napić się tej herbaty z cukrem; podejrzewam, że organizm po prostu czasem go potrzebował i dlatego miałam na nią ochotę. Owoce jem sporadycznie, słodyczy w ogóle, więc tego cukru w mojej diecie po prostu nie było i wcale się nie załamywałam, tylko wypiłam jedną posłodzoną herbatę i szłam dalej. Malutkie odstępstwo nie było grzechem, jeśli nadal utrzymywałam swoje nawyki. I cieszę się, że jestem w tej grupie ludzi, którzy słodyczy nie jedzą, a raczej jedzą bardzo rzadko, bo dzięki temu nie miałam problemu z "odstawieniem ich".

Krok drugi - woda

Zaraz po postanowieniu o rzuceniu cukru postanowiłam pić więcej wody, co też nigdy mi się nie udawało. Nigdy nie przepadałam za wodą i choć wiedziałam, ze to zdrowo i trzeba ją pić i próbowałam wiele razy, to jednak i tutaj nigdy nie byłam wytrwała. Jak jestem w domu, nadal mam czasami z tym problem, a najlepiej mi idzie picie wody w pracy. I tutaj też na początku piłam wodę w pracy od dawna, ale ze słodkimi sokami, pełnymi cukru i konserwantów, z których też postanowiłam zrezygnować. Piłam wodę z sokiem tylko raz dziennie, do kanapek na przerwie - teraz zamieniłam to na gorzką herbatę. I tutaj też nie ma co się porywać na te dwa litry dziennie, o których zawsze słyszysz. Ja nadal do tego nie doszłam. Najpierw byłam szczęśliwa, jak wypijałam 500 ml wody dziennie. Obecnie mam ustawione w aplikacji 1,5l, ale nie każdego dnia mi się to udaję, ale staram się, aby nie wypić jej mniej, niż litr. A czasami wypiję jej więcej, niż te 1,5l, wszystko zależy od dnia. Po prostu trzeba próbować :)

Krok trzeci - liczenie kroków

Ten punkt nie był żadnym moim postanowieniem, to wyszło przypadkiem i okazało się, że jest przydatne. Jakiś czas temu musiałam kupić nowy telefon, przez co od nowa instalowałam aplikację i tego typu rzeczy i wtedy rzucił mi się oczy krokomierz i pomyślałam sobie, a co tam; zainstaluję. Od tego czasu miałam ogromną satysfakcję, gdy pokonywałam kolejne progi kilometrowe itp, ale też sprowadziło mnie to na ziemię, ponieważ wtedy zobaczyłam, że jakoś dużo jednak nie chodzę, pomimo tego, że na przykład w weekendy dużo spaceruję. Oczywiście na początku po tym jak wpisałam podstawowe dane; wzrost, waga itp aplikacja ustaliła mi 6 tysięcy kroków dziennie, a ja jak to tak mało? I zmieniłam na dziesięć i wtedy się okazało, że te 6 to jednak czasami było dużo. Taki ze mnie geniusz xd. Tak się wkręciłam w liczenie kroków, że czasami specjalnie gdzieś jeszcze idę, albo sobie przechadzam dłuższą drogą, aby było, jak najwięcej, bo daje mi to satysfakcję. I to jest dodatkowy ruch, warto o tym pamiętać. 


DODATKOWO

Nie wiem, czy miało to jakiś wpływ na to, że udało mi się schudnąć, ale czasami spotykałam te rzeczy w artykułach o odchudzaniu i o zdrowiu i postanowiłam je wpleść do codziennej rutyny. Wiesz, tak na wszelki wypadek i licząc, że coś to da.

- picie herbaty z kurkumą - bardzo lubię kurkumę i często jest wymieniana jako "magiczny składnik"
- dodawanie do wody różnych rzeczy; cytryna, pokrzywa, mięta, ogórek, imbir - niektóre z tych składników są wykorzystywane przy detoksach (nie robiłam ich), ale na przykład był dzień, gdzie piłam sobie wodę z ogórkiem i cytryną, albo z miętą.
- herbaty z dodatkiem ziół - dodaję często właśnie miętę, pokrzywę, hibiskus,
- czasami zwracałam uwagę na to, jak jem - to znaczy jem tak, jak zawsze i to na co mam ochotę, ale miałam takie momenty "o dzisiaj ugotuję coś dietetycznego!", nie było to codziennie, ale miałam takie momenty, że po prostu zwracałam uwagę.
- staram się zrezygnować z soli - wychodzi mi to raz lepiej, raz gorzej, ale próbuję
- często rezygnowałam z kolacji - to znaczy nie głodziłam się, ani nic z tych rzeczy; po prostu tryb mojej pracy nie pozwala mi na regularne posiłki, czy te "5 posiłków, o których wszędzie słychać", a mój obiad wypada w godzinach 16.30-18, więc to jest zazwyczaj po prostu mój ostatni posiłek. Później już tylko wypijam ze 2, albo 3 herbaty(uwielbiam herbatę!) i  nie czuję potrzeby jedzenia kolacji. Ale, żeby nie było - nie jestem też święta i nie raz zdarzało mi się wcinać płatki o 22!

Efekty

To są takie trzy zmiany, które wprowadziłam w życie i po nich wraz z końcem marca waga wskazała mi 78 kg. Powróciłam do dawnej wagi, a nawet jest minimalnie mniejsza. Dalej kultywuje te nawyki i wiem, że waga mi spada, ale widzę to także po ubraniach, że jest różnica. Najśmieszniejsze jest to, że nawet tego nie dostrzegłam, nawet, gdy inni mi mówili, że widać różnicę. Dopiero później potrafiłam zobaczyć, że jednak jest progres.

I na razie to tutaj zostawię :)*

*ten post powstał w marcu, od tamtego czasu też troszkę się zmieniło i wprowadziłam trochę więcej innych rzeczy, ale to już temat na osobny post.


Jeśli Ty też masz podobną historię, to bardzo chętnie o niej  przeczytam w komentarzu, o ile masz ochotę się nią podzielić :) 



Kreatywne pomysły na wegańską Wielkanoc

Kreatywne pomysły na wegańską Wielkanoc

Dziś jest Wielki Piątek i... Czy Ty też czujesz, że te święta wcale nie są świąteczne? To nie ten sam klimat, zupełnie inna atmosfera, prawda? Nie zmienia się jednak to, że Wielkanoc to nadal moje ulubione święta i choć obchodzimy je w tym roku troszkę inaczej, to jednak obchodzimy.

U mnie w domu nie ma wegan i tylko ja jestem wegetarianką, ale dosyć często zdarza mi się także gotować po wegańsku, choć nie planuję aż tak restrykcyjnie zmienić swojej diety. Razem z mamą zawsze coś przygotowujemy i ja zawsze robię coś wege, a dzisiaj przeszukując internet w celu znalezienia pomysłu na ten rok i znalazłam tyle fajnych rzeczy, że postanowiłam coś Ci podrzucić, a nuż się zainspirujesz.

Wybrałam jednak przepisy i dania, o których nie pomyślałabym, że można je podrobić, bo musisz wiedzieć, że weganie naprawdę mnie zaskakują i szczerze podziwiam ich pomysły!

Niektóre przepisy są całkiem proste, inne z mnóstwem dziwnych składników, jednak bez wątpienia warto zwrócić na nie uwagę.

Wegańskie jajka według Vegenerata - osobiście nie wykorzystam, ponieważ uwielbiam jajka i nie wyobrażam sobie z nich zrezygnować, ale powiedz; czy to nie jest genialne?
Łosoś z marchewki według Jadłonomii - ten widziałam już kiedyś i zdecydowanie muszę go  wypróbować w przyszłości!
Żurek z pieczonym jabłkiem według Jadłonomii - u mnie w domu gotuje się żurek tradycyjny, ale mam chęć zrobić swój, a ten przepis wygląda obiecująco.
Twaróg migdałowy z przepisu Er vegan - sytuacja jak z jajkami; jem nabiał, ale przepis sam w sobie jest warty podzielenia się nim.
Bezsernik według Wegepanny - to kolejny ciekawy przepis. Co prawda ja jestem ciastowym beztalenciem, ale może ktoś się pokusi?

Zostawiam Cię z tymi kilkoma przepisami. Dodam, że ja prawdopodobnie zrobię pasztet z fasoli i wyjdzie tak, jak zawsze, czyli z tego, co mam pod ręką, bo ciężko jest mi się trzymać przepisów, bo od razu pojawia się chęć, aby go modyfikować.

Trzymaj się w tych ciężkich czasach i dobrych i bezpiecznych świąt!

Koronawirus, czy brak-mózgu-wirus?

Koronawirus, czy brak-mózgu-wirus?

Ten post miał być o zupełnie innej tematyce, planowałam coś bardziej kobiecego, ale obserwuję to, co się wokół dzieje i zmusza mnie to do refleksji. Każdy wie, że panuje koronawirus, trudno o tym nie wiedzieć i nie, to nie będzie dywagacja na temat tego, czy ta choroba zamienia ludzi w zombie. Wiem też, że wszyscy mają dość pieprzenia w kółko o tym samym (tak, ja też, gdy widzę ciągle memy o koronawirusie i żadnych innych), ale jestem zszokowana tym, jak ludzie się zachowują. I nie piszę wcale tego posta dla rozgłosu, ani że temat taki na topie.

Klepię teraz te słowa w klawiaturę, ponieważ nie wiem, czy jestem bardziej załamana ludzkim zachowaniem, czy przerażona i muszę gdzieś to wylać.
Puste półki, kolejki na cały sklep, wyrywanie sobie towarów z ręki, czy cukier spod lady. Obserwuję to wszystko, słucham relacji znajomych i naprawdę nie dowierzam temu, co ludzie wyprawiają. Nie powinniśmy bagatelizować zagrożenia, tutaj przyznaję rację i nawet powinniśmy posiadać w domu trochę więcej żywności i rzeczy codziennego użytku, ale czy naprawdę trzeba wariować na tym punkcie?

Ludzie kilkukrotnie wchodzą do sklepów i wychodzą z pełnymi wózkami. Wykupują wszystko, dosłownie wszytko.
Ludzie! Ogarnijcie się!

Owszem, panuje wirus, ale to właśnie takie zachowanie sieje jeszcze większą panikę. Boisz się, że zamkną Ci spożywczaka? Zamykają wszelkie ośrodki kultury, restauracji i inne tego typu instytucje, żeby ludzie tam nie przesiadywali, bo spójrzmy wprawdzie w oczy; to jest przyjemność, nie obowiązek. Spożywczka Ci nie zamkną, bo musisz gdzieś zrobić zakupy, aby przeżyć. Nie wszystko da się ot tak zlikwidować. 

I jeszcze jedno; koronalia. 
Gdy to przeczytałam, opadły mi ręce nogi, głowa i nawet kwiatek z balkonu, choć balkonu nie posiadam. 
Ja nie panikuję i choć podśmiewam się także z przesadnych procedur w pracy (niestety nie mam możliwości pracować zdalnie), to mimo wszystko zostałam w weekend w domu i nie spotykam się z najbliższymi znajomymi. 
To, co zrobili studenci przechodzi ludzkie pojęcie. Właśnie przez takie zachowania Włosi mają problem. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie i taborety, ale sądziłam że staborecenie posiada taki stopień rozwinięcia. Głupota to jednak naprawdę studnia bez dna. 
Dlaczego to robisz- wegedioto?

Dlaczego to robisz- wegedioto?

Żyjemy w czasach, gdzie każdy może być taki, jak zechce, gdzie dozwolone jest bardzo wiele, a rzeczy na które ludzie zerkali nieprzychylnie dwadzieścia lat temu, dziś są na porządku dziennym. Żyjemy także w dobie internetu, gdzie co i raz można napotkać na dziwne zachowania ludzi. Albo tak totalnie nie do uwierzenia, co ścinają z nóg.
Nikogo nie zdziwi już fakt, iż ktoś rezygnuje z mięsa; o wegetarianizmie i weganizmie słychać coraz więcej. Dlaczego jednak niektórzy weganie i wegetarianie sami sobie szkodzą?


Oczywiście nie mam na myśli wszystkich, ale często spotykam się z tym, że nas, którzy zrezygnowaliśmy z mięsa traktuje się inaczej, jakby nam coś do głowy strzeliło. I to mnie boli. Większość z nas to normalni ludzie, którzy chcą sobie żyć po swojemu i nikomu nie wadzą, a jednak obrywają ze ferment, który czasem sieją jednostki. Dlaczego tak się dzieje?
Ano już spieszę z odpowiedzią! Po co wdawać się w gownoburze na fejsie i na siłę przekonywać wszystkich do swych racji? Po co tatuować sobie na czole napis vegan? Tak, coś takiego ktoś zrobił.
Spotykacie kogoś z napisem na czole; nie ważne jakim, może to być vegan, studiuje prawo, wyznaje islam, albo kocham laskę z bloku obok. Nie istotne, ale co w pierwszym odruchu można pomyśleć o takiej osobie? 
No właśnie.
Więc po co?


Ale mniejsza z tym, wszakże każdy ma prawo robić, co mu się żywnie podoba, nieprawdaż? Niech więc już ma ten swój ten tatuaż. Niestety, ale czasem nóż mi się w kieszeni otwiera, na inne ludzkie zachowania roślinożerców.
Po co też na siłę niektórzy próbują przekonywać wszystkich do swoich racji? Dlaczego wszędzie wpychacie nos innym do talerza, skoro nie chcecie, aby wam tego nie robiono?

Do czego dążę? Ano do tego, że są normalni wege ludzie i wegeidioci. Na użytek tego tekstu pobawię się w słowotwórstwo i nazwę ich wegdiotami. Ja wiem, wiem; każdy kto jest wege chciałby, aby nas było więcej, ja wszystko rozumiem, ale to, co dzieje się teraz, a raczej to, co robią wegedioci tylko ludzi zniechęca. Od vegan słyszałam, że powinnam przejść na weganizm, a na grupach wegańskich, czy wegetariańskich, często widzę różne komentarze ludzi, gdzie wszędzie sypie się krytyka, najczęściej wtedy, gdy ktoś pyta się o skład produktu. Ktoś zapyta, czy rzecz X jest wegańska; normalny wegus odpowie tak, lub nie, co zrobi wegediota? Naskoczy na Ciebie, że to nie zdrowe, że jest olej palmowy i w ogóle wyrzuć do kosza.

Wegedioci zapominają, że każdy jest inny, że każdy ma swoje powody i styl życia, choć może i podobne, to jednak diametralnie różne. 


Nie jem.mięsa od bardzo dawna, będzie z osiem, dziesięć lat? Nie wiem. Nigdy się tym jakoś nie afiszowałam. Nigdy nie miałam potrzeby mówić wszystkim, że jestem wege; wiedzieli najbliżsi i to mi wystarczało. Owszem, nie trzymałam też tego w tajemnicy, nic się nie stało, gdy ktoś zapytał, albo gdy wyszło to na jaw. Życie toczyło się dalej. A ja wciąż nie mam potrzeby mówić wszystkim dookoła, że jestem wege, ani tym bardziej zaglądać komuś do talerza. Nie komentuję, gdy koleżanka mów, że chyba zrezygnuje mięsa, ani nie nawracam nikogo, gdy pyta mnie, jakim cudem funkcjonuję. 
I tobie, wegedioto przydałoby się to samo.
A Tobie, prawilny wege ziomku ślę szeroki uśmiech :) 
Copyright © Czarne Światło , Blogger