Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Tofa. Księżniczka Słowian ⸻ Grzegorz Gajek

Tofa. Księżniczka Słowian ⸻ Grzegorz Gajek

     Powieści z tłem historycznym lubię niemalże tak bardzo, jak te z wątkiem fantastycznym, a gdy w książce jest tło historyczne, wątki słowiańskie i jako-takie okruchy tych fantastycznych, to już jestem w niebie. W książce Grzegorza Gajka mamy to wszystko, więc nie mogłam sobie odpuścić jej przeczytania.

     Tofa. Księżniczka Słowian, jak sama nazwa wskazuje, mówi nam o jednej ze słowiańskich księżniczek: córka Mściwoja z plemienia Obodrytów i królowa Danii. Tofa jest jedną z wielu słowiańskich księżniczek, jednak jako jedyna zostawiła po sobie ślad w historii w formie kamienia runicznego ze swoim imieniem — polecam doczytać: można znaleźć w internecie, co dokładnie jest na nim wyryte.


     Tofę poznajemy jako nastolatkę, gdy opuszcza swe rodzinne strony i wyjeżdża do kraju przyszłego męża. Jest to silna, zdecydowana postać, córka wodza, ale jak to nastolatka, ma swoje kaprysy.
Losy Tofy wcale nie są kolorowe, wyjeżdża do obcego kraju, poznaje nieznany jej język, kulturę, nie zna męża, nie wie, jakim jest człowiekiem: spotyka ją taki sam los, jak wielu innych dziewcząt w dawnych czasach. Zostaje żoną Haralda Sinozębnego i staje się królowa duńczyków.
     Przesłuchałam tę książkę gdzieś w tle, jak wiele innych, ale naprawdę w nią wsiąknęłam. Przez kilka dni naprawdę żyłam Tofą, słuchałam o jej życiu, a to plus, bo mnie naprawdę wciągnęła.
     Kolejnym plusem są ciekawi bohaterowie, którzy pojawiają się oprócz Tofy. Bocian — pół słowianin, pół wiking zapatrzony w duńską królową. Stara się ją stale chronić, bardzo nietuzinkowa postać.
     Agara, kochanka władcy, można by uznać, że „prawdziwa królowa” Haralda, bo z nią liczyła się i służba i sam król. Nie lubiłam jej, denerwowała mnie. Ale, jak zawsze powtarzam, jeśli bohater wzbudza jakieś emocje, choćby te negatywne, to znaczy, że jest to dobry bohater.

     Ponadto w Tofie pojawiają się delikatne wątki fantastyczne, wspomniana Agara jest czarownicą. Do tego mamy tutaj dobrze zarysowane początki chrześcijaństwa przeplatające się ze słowiańskością oraz nordyckimi wierzeniami. Myślę, że autor dobrze oddał realia epoki, w której osadzona jest powieść.

     Podsumowując: książka mnie zainteresowała, podobała mi się, chętnie przeczytam drugi tom, gdy tylko się pojawi, bo jestem naprawdę go bardzo ciekawa, zwłaszcza po tym, jak słuchałam o Tofie na spotkaniu autorskim, ale książka nie zapada jakoś bardzo w pamięć. Dla mnie to jest jedna z tych powieści, które pamiętam, że „była i przeczytałam”. Sama Tofa, jako zbuntowana nastolatka potrafi wryć się w pamięci, ale reszta niekoniecznie. Niemniej jednak jest to powieść warta polecenia każdemu, kto lubi literaturę z wątkami słowiańskimi, czy tłem historycznym.


Sydonia. Słowo się rzekło ⸻ Elżbieta Cherezińska

Sydonia. Słowo się rzekło ⸻ Elżbieta Cherezińska

     Jestem fanką twórczości Elżbiety Cherezińskiej, więc Sydonię postanowiłam przesłuchać niemal od razu, jak tylko się natknęłam. Autorka znana jest z tworzenia powieści osadzonych w realiach historycznych. Do tej pory mam za sobą jej książkę o piastowskiej księżniczce Świętosławie, a Sydonia, to moje kolejne zetknięcie z jej piórem. 

     Swoją drogą, wydaje mi się, że jest to bardzo niedoceniana autorka, ponieważ w bookmediach bardzo mało widać jej książki, a szkoda. Uważam, że historie, które tworzy, zasługują na większy rozgłos na instagramie, tik toku, czy innych portalach. A może to po prostu kwestia literatury historycznej, której nie widzę w internetach tak często, jak fantastyki, romansu, czy kryminału, bo jednak sama tematyka nie jest raczej aż tak popularna.

     Cherezińska przenosi nas na Pomorze, gdzie żyła szlachcianka Sydonia von Borck i to właśnie jej życiu poświęcona jest ta opowieść. Sydonia to postać historyczna: była szlachcianka, którą oskarżono o czary. Jak się dowiedziałam z posłowia autorki, na Pomorzu ta historia jest bardzo znana. Dla mnie — mazowszanki to zupełnie coś nowego. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej kobiecie, a o samym Księstwie Pomorskim, wiem tylko tyle, że istniało.


- Nie mogłaby panna Sydonia powściągnąć języka, gdy rozmawia z nią w obecności pensjonariuszek? Podkopuje panna autorytet przeoryszy.
— Nie można podkopać czegoś, co nie istnieje — cicho powiedziała Sydonia.

                            
     U Cherezińskiej Sydonia żyła sama i miała bardzo trudny los, jako stara panna w XVI i na przełomie XVII wieku. To były czasy, gdy wciąż we wszystkim rządzili mężczyźni, a o płci pięknej wielokrotnie mówiono (przynajmniej w realiach powieści), że jak kobieta myśli samodzielnie, to robi to źle (cytat z Młota na Czarownice). Sydonia całe życie sądziła się z okrutnym bratem o swoje utrzymanie i tułała od krewnych do krewnych, nie mając swojego domu przez większość życia.

     Historia jest podzielona na dwie części. Pierwsza opowiada o życiu Sydonii, dopóki nie oskarżono jej o czary, a druga część prowadzi nas przez jej proces i wspomnienia szlachcianki z minionych lat. W książce nie ma też praktycznie wątku romantycznego, taki bardziej poboczny, we wspomnieniach, ale jest tego tak mało, że przy tak opasłej książce to tak, jakby nie istniał.

     Co do moich odczuć o historii mam parę zastrzeżeń i bardzo mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, ale miała wiele momentów, gdzie praktycznie nic się nie działo i się strasznie nudziłam. Zwłaszcza w pierwszej części. Może to też kwestia tego, że nie powinnam jej słuchać, a raczej przeczytać, bo słuchanie Hardej też mi ostatnio nie szło, mimo że w wersji papierowej ją kiedyś pochłonęłam. Czasami wydawała się naprawdę bardzo rozwlekła, ale też tak mniej więcej w połowie bardzo mnie zainteresowała i potem już nie mogłam się oderwać. Zaintrygowała mnie do tego stopnia, że chciałam sobie poczytać o Sydonii von Borck więcej i… zaspojlerowałam sobie to, że ją oskarżono o czary. Od tego momentu w zasadzie, patrzyłam na nią zupełnie inaczej, a dodam jeszcze, że nie czytałam opisu książki, więc nie miałam tej informacji. Gdybym to zrobiła, być może inaczej spojrzałabym na pierwszą część, bo zrozumiałabym, po co Cherezińska tak dokładnie opisywała jej życie.


     Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jaki autorka zrobiła research, o czym też mówiła w posłowiu.
     No i to, co dla mnie było zaskoczeniem, to wątki słowiańskie, które co jakiś czas się przewijały. Wspominano czasami Trzygława, mówiono o przodkach Sydonii, którzy czcili starych bogów, a sama Sydonia widywała czasem mamunę. Właśnie, nie wiem, czy nie uważnie słuchałam, czy nie, ale nie mam pojęcia, co się z nią stało i przede wszystkim, dlaczego pokazywała się szlachciance.
     Wydaje mi się, że o wiele bardziej podobała mi się historia Świętosławy, niż Sydonii, nie można jednak odmówić Chereźińskiej tego, że stworzyła kolejną, silną kobiecą postać. A sama powieść, choć momentami rozwlekła, to była naprawdę bardzo dobra. Czy polecam? Oczywiście, że tak!

“ Znam was, plugawcy i zakłamańcy, nie chcecie przyznać starej kobiecie prawa do życia. Albo wnuki niańczyć, albo zniknąć. Mam dla was złą wiadomość: ja nie znikam. Ja dopiero zaczynam. “

Jestem Przy Tobie ⸻  Michał Wyzga

Jestem Przy Tobie ⸻ Michał Wyzga

     Jestem przy tobie, to chyba jedna z najoryginalniejszych książek z nurtu literatury słowiańskiej, jakie przeczytałam. Osadzona w czasach współczesnych, a głównym bohaterem jest Sławek: psychoterapeuta, do którego przyczepiło się Licho i trochę mu w tym życiu miesza szyki.



     Początek książki jest dosyć creepy, poznajemy bohatera (nie Sławka, ale jest z nim powiązany), który wraca do domu i zabiera autostopowiczkę. Szybko okazuje się, że staruszka jest dziwna, wie o rzeczach, których normalna osoba nie ma prawa wiedzieć oraz przewiduje przyszłość. Trochę to też wprowadza Czytelnika w błąd, ponieważ historia właściwa została poprowadzona w zupełnie innym klimacie.

     Dopiero potem poznajemy dokładniej życie Sławka, dostajemy wyjaśnienie, co łączy go z bohaterem z początku książki, a także zostają nam przedstawione domowe duchy z nim mieszkające i inne demony z okolicy, o których on sam także się dowiaduje. Tak, bo Sławek jest pierwszym psychoterapeutą, który prowadzi terapię demonom. Zgłasza się do niego między innymi utopiec, czy żmij.

     Na początku powieść wydawała się dziwna, zastanawiałam się nawet, czy chcę ją dokończyć, ale że był to audiobook, to leciał gdzieś w tle, gdy robiłam inne rzeczy i się mocno wkręciłam. Później stwierdziłam, że nawet ten creepy początek podobał mi się chyba bardziej, niż główna fabuła.
Zdecydowanymi plusami są różnorodni bohaterowie, fajnie wykreowane postacie, dobrze zarysowany świat przedstawiony, czy oryginalny pomysł na fabułę.

     Poznajemy także sporą ilość demonów i ich opisy. Ciekawy zabieg też był taki, że te demony były opisywane przez Sławka, zanim dowiedział się z kim ma do czynienia, więc można było samemu zgadnąć, co to za demon. Parę razy mi się udało, a kilka nie.

     Bardzo podoba mi się okładka tej książki. Jest prosta, ale przyciągająca oko, a po zastanowieniu się, sprawia, że chce się odkryć tę tajemnicę, którą skrywa na swoich kartach.
     Czy polecam tę książkę? I tak i nie: dla mnie jako całość była mocno przeciętna i nie porwała mnie szczególnie, choć sam pomysł na fabułę całkiem ciekawy. Czegoś mi w niej jednak zabrakło. Nie była to jednak zła książka.
Festiwal Mitologii Słowiańskiej  2023 ⸻ relacja

Festiwal Mitologii Słowiańskiej 2023 ⸻ relacja

    W miniony weekend, w Owidzu w grodzisku okalającym Muzeum Mitologii Słowiańskiej, odbył się VI Festiwal Mitologii Słowiańskiej, czyli, krótko mówiąc, zjazd miłośników naszej rodzimej kultury, mitologii oraz rekonstrukcji. To druga edycja, na którą pojechałam, bo w poprzednich latach wszystko było na opak, ale teraz udało się praktycznie bez przeszkód.

 
    Czym właściwie jest Festiwal Mitologii Słowiańskiej?

    To cykliczny event organizowany od sześciu lat przez Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Grodzisku Owidz pod Starogardem Gdańskim, który zrzesza ludzi z całej Polski, mających coś związanego ze Słowianami. I może jechać tam dosłownie każdy: ktoś, kto nie ma zielonego pojęcia o temacie i jest po prostu ciekawy, ale również prawdziwi pasjonaci, czy ludzie, dla których słowiańskość jest życiem, czymś więcej, niż zwykłym hobby. Spotkałam mnóstwo przeróżnych osób. Ponadto festiwal obfitował w zróżnicowane wydarzenia; spotkania autorskie z pisarzami słowiańskich książek, warsztaty o rozległej tematyce, wykłady, czy to, co mnie najbardziej ciekawiło: inscenizacje słowiańskich obrzędów. Ponadto na każdym kroku, można było spotkać ludzi trudniących się słowiańskim rękodziełem, a także występowały zespoły muzyczne, tworzące muzykę w podobnych klimatach.

    Jak wyglądał festiwal?

    Rozpoczynał się w piątek około godziny 15.00, gdzie rozpalono ognisko, które miało płonąć, przez cały festiwal. Dla Słowian ogień był święty — to również symbol boga ognia Swarożyca. My z lekkim opóźnieniem przez wypadek na autostradzie, dotarliśmy przed 15.00, ale najpierw chcieliśmy rozbić namioty, aby nie musieć przejmować się tym wieczorem. Po ogarnięciu spraw pilnych typu bilety itp., poszliśmy na pierwszy wykład/warsztaty dotyczące przetwarzania ziół z Rosą Jaworską i Konradem Kowalczykiem. Było to bardzo ciekawe, choć już sporo rzeczy o ziołach wiedziałam.

    Planowałam iść jeszcze na wykład o genealogii, ale się nieco przegapiliśmy czasowo, więc to niestety mnie ominęło, czego do tej pory żałuję.
    Wieczorem odbyła się także inscenizacja swaćby, czyli słowiańskiego ślubu. Byłam już na nie zeszłego roku, niemniej jednak warto było zobaczyć to po raz kolejny.
    Wieczorem urządzono także warsztaty tańca i uczono nas oberka oraz potańcówkę. Pamiętam, że rok temu bawiłam się do późnej nocy, w tym roku również zahaczyłam o to wydarzenie, ale nieco krócej.

    W sobotę chyba było najwięcej rzeczy w programie i dla mnie samej to także był najbardziej aktywny dzień. Rozpoczęłam go spacerem ziołowym, który prowadził Michał Konkel: rok temu poszłam przez obydwa dni i byłam zachwycona, więc nie mogłam pominąć tego punktu i w tym roku.
    Potem wybrałam się na spotkanie autorskie z Aleksandrą Seligą: autorką serii Gołoborze, której recenzowałam tom pierwszy, można podejrzeć parę postów wcześniej. Spotkanie prowadziła Wiktoria Korzeniewska Slavicbook.



    Następny był kolejny obrzęd, tym razem żniwny, czyli rozpoczęcie żniw, a po nim poszłam na warsztaty robienia świec z węzy pszczelej. Natomiast wieczorem słuchałam jeszcze prelekcji Natalii Kościńskiej o słowiańskości w popkulturze. To była jedna z rzeczy, które najbardziej mnie interesowały, bo obserwuję Natalię od dawna i bardzo lubiłam jej słowiańskie podcasty (polecam!).    

    Koncertów słuchałam już z pola namiotowego: w tym roku Velesar oraz Kulingrida, a na koniec dnia w sali konferencyjnej zorganizowano mini kino i obejrzałam film o początkach Piastów.

    Niedzielę zaczęłam wcześniej, niż zorganizowane wydarzenia, bo postanowiłam sobie, że pójdę na gród i porobię zdjęcia książkom, które zakupiłam. Ten dzień chciałam także spędzić mniej intensywnie, więc zrezygnowałam ze spaceru ziołowego (choć zapowiedziana wycieczka do lasu kusiła) i zostałam w Strefie z Piecem na dwóch spotkaniach autorskich: z Franciszkiem Piątkowskim oraz Grzegorzem Gajkiem. Ten pierwszy stworzył Uniwersum Powiernika (jeszcze przede mną), natomiast drugi to autor popularnej ostatnio Tofy, oraz Piasta i Bolka: te drugie spotkanie również prowadziła Wiktoria Korzeniewska. Po spotkaniach Grzegorz Gajek prowadził również prelekcje o seksie w średniowieczu, na którym również zostałam. W międzyczasie zahaczyłam również o prezentację nowo powstałej słowiańskiej planszówki.
    Następny w programie był Obrzęd Plonów, którego również nie mogłam przegapić. I to był ostatni punkt programu, na którym byłam.

Co jeszcze?


    Pomiędzy tymi wydarzeniami działo się również wiele świetnych rzeczy! Mogłam się spotkać ze znajomymi poznanymi na zeszłorocznym festiwalu. To obchodzenie kramów, zachwycanie się tym rękodziełem, poznawanie ludzi, rozmowy itp. Festiwal Mitologii Słowiańskiej ma swój niepowtarzalny klimat i na pewno będzie moim stałym punktem w kalendarzu. I pogoda nam naprawdę dopisała, bo rok temu pamiętam, że była burza.


Co przywiozłam z festiwalu?
    Trochę nowej wiedzy, oczywiście! A z takich rzeczy fizycznych, to oczywiście dwie nowe książki: Powiernika i Piasta, o których mówiłam wcześniej, a także kolejne kolczyki, z tego samego kramu, co rok wcześniej: tym razem się dowiedziałam, będąc jeszcze na Ogrodzieńcu, że to kram u Moniki Macewicz, autorki Wiedmy. Jeśli ktoś by mnie zapytał, czy mi się podobają te rzeczy to… mam cztery pary kolczyków od nich. Zakupiłam sobie także kolejną chustę od Green Linden Atelie oraz krem, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, co to był za kram, więc jak widać, parę rzeczy ze sobą przywiozłam.

    Aha, no i w tym roku ZAPOMNIAŁAM zabrać aparatu. Narobiłam jednak dużo zdjęć telefonem, ale jak widziałam fotografów, którzy tam sobie chodzili, to aż mnie świerzbiło, że nie zrobię takiej fajnej fotorelacji, jak chciałam...
 Za to na instagramie są rolki z każdego dnia!







 
Szeptucha ⸻  Katarzyna Berenika Miszczuk

Szeptucha ⸻ Katarzyna Berenika Miszczuk

     Szeptucha to tom rozpoczynający serię Kwiat Paproci autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk. Pierwsze wydania zostały wypuszczone przez wydawnictwo Wab, a obecnie na rynku pojawiają się nowe odsłony cyklu spod wydawnictwa Mięta - dla niezorientowanych, jest to wydawnictwo autorki. 
     Przygody Gosławy Brzózki poznałam co prawda bardzo dawno temu, bo była to jedna z książek, które czytałam przed maturą, a ostatnio postanowiłam zrobić reread, ponieważ na tym blogu nie ma recenzji tej powieści (możecie ją za to znaleźć na starym blogu Book Oaza, ale ta będzie lepsza ;) ). 



     Od jakiegoś czasu słychać o tym, że będzie kolejna część przygód Jarogniewy, dlatego postanowiłam zrobić ten reread, aby być na bieżąco i sobie wszystko przypomnieć i wpadłam na pomysł o dyskusji o książkach, ale nie takich tylko pod recenzją, bo tak możemy dyskutować zawsze. Wymyśliłam kilka konkretnych tematów, które poruszymy, ale o tym jest już powiedziane na instagramie, więc tam Cię odsyłam. Wróćmy jednak do pierwszego tomu cyklu, bo to o niego tu idzie.

Psst... przerwa na reklamę ------ > MÓJ INSTAGRAM!

     Cała akcja rozgrywa się w XXI wieku, ale w alternatywnej rzeczywistości, ponieważ Polska jest silnym, liczącym się w Europie królestwem, w którym panuje Mieszko XII bodajże, a wiara w słowiańskich bogów nie wymarła i ma się bardzo dobrze. Nie możliwe? I pewnie zastanawiasz się jak do tego doszło? Nie wiem. W 966 roku Mieszko I nie przyjął chrztu, a zamiast tego porwał czeską księżniczkę Dobrawę i zostali związani swaćbą, choć jej ojciec liczył na to, że to Mieszko przyjmie chrzest, a ówczesna Polska stanie się chrześcijańska, tak jak to znamy z historii. Jednak to były dość odległe czasy, a wydarzenia zawarte w książce są o wiele nam bliższe, jak już wspomniałam, dzieją się we współczesności. Brzmi ciekawie? Dla mnie bardzo! Tym bardziej, że jestem fanką przeróżnych alternatyw literackich. 

Uroczo - proszę państwa, oto Gosława Brzózka - odrobinę przeterminowana i czerstwa, ale za to ma wizje w bonusie…

     Główną bohaterką jest dwudziestoczteroletnia mieszkanka stolicy; Gosia, ale uwaga; nie Malgorzata, a Gosława. Właśnie ukończyła studia lekarskie i musi odbyć obowiązkowy staż u Szeptuchy, czyli takiej mądrej baby ze wsi. To standardowa procedura, aby stać się lekarzem w Królestwie Polskim, a same szeptuchy, to takie lekarki pierwszego kontaktu, które decydowały, czy leczą pacjenta ziołami i ludowymi sposobami, czy jednak wysyłają do szpitala. 
     Dziewczyna jest typowym przykładem mieszczucha, nienawidzi wsi i panicznie boi się chorób, bakterii, kleszczy i innych owadów, a wejście w las przyprawia ją o atak paniki. W książce dokładnie opisano jej przeciwkleszczowy kombinezon. Do tego to iście prawdziwa słowiańska ateistka.

     Gosia jednak nie ma wyjścia i wyjeżdża w rodzinne strony swej matki; do Bielin pod Kielcami, aby odbyć staż u starej, choć dziarskiej szeptuchy Jarogniewy, potocznie zwanej Babą Jagą, choć nie dlatego, że mieszka w chatce z piernika i pożera małe dzieci, o nie; to tylko taki żartobliwy skrót od jej imienia.

     Dziewczyna na początku swej przygody w Bielinach, poznaje przyprawiającego ją o szybsze bicie serca Mieszka, który jak się okazuje, nie jest taki zwyczajny. Ponadto bardzo szybko Gosia przekonuje się, że bogowie i inne demony jednak istnieją, a ona sama jest rodząca się raz na tysiąc lat widzącą, co przyprawia ją o kolejne kłopoty i wpędza w ogromne niebezpieczeństwo, bowiem bogowie czegoś od niej chcą. Nasza ateistka, bardzo szybko dowiaduje się, że bogowie jednak istnieją. 

     Z tego, co się orientuję, to Gosia chyba nie jest ulubioną postacią Czytelników, ale mnie zawsze bawiła ta jej bojaźń przed kleszczami i w ogóle przyrodą. Ogólnie jedynym z czynników, dzięki któremu tak bardzo lubię prozę Miszczuk to humor zawarty na stronicach jej powieści, a wręcz przerysowana hipochondria Gosławy, bawi mnie najbardziej, zamiast irytować, tak jak innych. Choć sama bohaterka wydaje się trochę infantylna, na jej minus i powieści dochodzi jeszcze mdlenie na widok męskich torsów, jak podlotek, czy fakt, że praktycznie nic nie wie o swojej wieloletniej przyjaciółce. 

Podatki takie same plus nie można już pędzić samogonu, bo prezydent zakazał.

     Bardzo podobała mi się postać Jarogniewy i jej zachowanie wobec ludzi; ta przaśna chustka na głowie dodaje jej lat, kwieciste spódnice i zaciąganie gwarą; uwielbiam takie rzeczy, tym bardziej, że mieszkam w miejscu, gdzie gwara nie istnieje, więc fascynuje mnie jeszcze bardziej. I sama chodzę w kwiecistych spódnicach :D

     Bardzo zabawną postacią był także pewny siebie Radowit; kreowany na takiego typowego mięśniaka-pustaka, co może na początku odrzucać, a jednak momentami potrafił mnie naprawdę zaskoczyć, no i przede wszystkim zawsze mnie rozbawiał.

Jedno można śmiało powiedzieć o Słowianach – umiemy się dobrze bawić.
     Ponadto w powieści występują przeróżni słowiańscy bogowie, tacy jak: Weles, Świetowit, oraz inne demony; płanetnicy, rusałki, wiły, południce, strzygi, wąpierze, czy Leszy, choć w pierwszym tomie nie do końca dowiadujemy się kto jest kim, a jednak pojawiają się takie postacie. 

     W książce zostały też przedstawione słowiańskie święta i uroczystości tutaj bodajże; Jare Święta i Zielone Świątki zwane też Rusałczym Tygodniem. Wydaje mi się, że te, a nie chce Was wprowadzać w błąd, po całej serii, plus dodatku o Jarogniewie, trochę się to miesza. Faktem pozostaje jednak to, że Miszczuk każde święto opisuje dokładnie i przedstawia w bardzo ciekawy sposób. 


     Bardzo chętnie przeczytałam tę powieść ponownie i na pewno jeszcze nie raz to zrobię. Fabuła jest wciągająca i podoba mi się ta wizja tej alternatywnej Polski. To już kolejny wykreowany przez panią Miszczuk świat; niby taki nasz, ale taki nie do końca, bo jednak inna wiara. Może i powieść ma jakieś minusy, typu dla większości irytująca bohaterka, ani nie jest najwyższych lotów, ale dla mnie zawsze będzie wyjątkowa, bo to ona parę lat temu rozbudziła we mnie zainteresowanie słowiańskimi tematami. I po prostu mam do niej ogromny sentyment i sądzę, że nie tylko ja.

     Co tu dużo mówić? Katarzyna Berenika Miszczuk operuje lekkim piórem, humorem, sprawnie łączy ze sobą wszystkie wątki i sprawia, że chce jej się czytać więcej, a sama książka jest przesycona słowiańskością po granice możliwości. Ja jestem ogromną fanką jej twórczości. 

Każdy ma w sobie pierwiastek zła. Ludzie bez skazy nie istnieją.



 

A ja zaproszę na instagram i sierpniowe wydarzenie, które szykuję!
"Panie Czarowne" ⸻ Jakub Ćwiek

"Panie Czarowne" ⸻ Jakub Ćwiek

     Panie Czarowne, to kolejny audiobook, który przesłuchałam: zawsze byłam anty takiej formie, a ostatnio tylko w takiej mam czas poznawać nowe historie, zabawne, prawda?

     Akcja rozgrywa się w tajemniczym miasteczku: Głuchołazy, zwanym także Miastem Kozła, w którym dawniej zabijano czarownice, jednak nie palono ich na stosach, tak jak zazwyczaj, a po prostu wieszano.



     W posłowiu od autora jest informacja, że Głuchołazy faktycznie istnieją, a jako ciekawostkę dodam, że szperając w internecie, dowiedziałam się, że mniej więcej od Nysy, aż w głąb Czech przebiega tzw. Szlak Czarownic. Mnie to zaskoczyło i dodałam sobie na listę podróży “na kiedyś”.

     Wróćmy jednak do Pań Czarownych. Jak się można domyśleć, tytułowe Panie Czarowne, to po prostu czarownice, wiedźmy. Głuchołazy to małe, spokojne miasteczko, do którego ludzie raczej nie przyjeżdżają, a wręcz wyjeżdżają, a porządku tam pilnują właśnie Panie Czarowne: Bunia, Betka, Królewna i Lilka. Na pozór zwyczajne kobiety, niczym się niewyróżniające, ale one wiedzą więcej, niż inni ludzie. W tajemnicy trzymają swoje zdolności i nikomu nie wadzą, a czasami pomagają rozwiązywać problemy innych.


- Jezu, jak bym go dorwał...
- To by pan świnię załatwił, a poszedł siedzieć jak za człowieka.


     Historia prowadzona jest dwutorowo: poznajemy także losy księdza, który jest powołany do walki ze złem, a według niego złem są oczywiście Panie Czarowne, które należy bezwzględnie zniszczyć, a on w końcu wpada na ich trop. Spokojne miasteczko i jego opiekunki znajdują się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.


     Na początku książka wydawała mi się nieco pogmatwana, ciężko było się wczuć w klimat, ale audiobooków słucham sobie gdzieś w tle, lub w pracy, jeżeli akurat mam taką możliwość, więc te Panie Czarowne gdzieś tam sobie leciały, a ja się w końcu naprawdę wciągnęłam i myślę, że stało się to gdzieś tak w jednej trzeciej książki. Tak mniej więcej. Potem już się nie mogłam od niej oderwać, tak bardzo zaciekawiła mnie ta historia. Jest to także moje pierwsze zetknięcie z twórczością pana Ćwieka, nie kojarzę, abym wcześniej coś czytała tego autora.



     Plusem tej książki jest fakt, iż nie ma zbyt wielu wątków i bardzo mi się podobało, ale może to też kwestia tego, że wszystkie książki, które ostatnio przeczytałam, miały ich mnóstwo, co mogło trochę przytłoczyć. Nie, tutaj były po prostu czarownice, polowanie na nie i może ze 2-3 takie poboczne, tak mniej więcej. Żadne inne nie rozpraszały i można się skupić na głównej historii.

     Kolejny plus, to także poczucie humoru, które wręcz uwielbiam w każdej książce. Dla mnie jest to naprawdę ogromna zaleta książki.


- Co robisz dzisiaj w nocy? - zapytał nagle Gniewomir. 
Odruchowo posłała mu zalotny uśmiech. 
- A co? Gdybym miała plany, chciałbyś się przyłączyć?
- Raczej liczyłem, że nie masz planów i pomożesz mi wyprowadzić wisielca na spacer. Powinien pochodzić po mieście, a cholernie mi się nie chce pilnować go w pojedynkę.

     Czy ma wątki słowiańskie? Niewiele, ale jednak. Pojawia się coś takiego, jak urok kupały, co jest bardzo ciekawe, ale w głównej mierze jest to historia wiedźm w naszych czasach (mi wiedźmy kojarzą się jednak ze średniowieczem).

     Historia porusza jednak również jeden z trudnych tematów, mianowicie gwałt. Jeżeli ktoś unika tego typu wątków, to niech nie czyta, bo mówi się o tym całkiem sporo w tej historii.


     Kiedy tylko zbliżałam się ku końcowi, coraz bardziej ta książka mi się podobała i nie mogłam się od niej oderwać. Jedyny minus to chyba ten, że na początku ciężko było mi się wbić w klimat tej powieści i bardzo mieszały mi się postacie. Gdy to już ogarnęłam, byłam naprawdę zachwycona. Wniosek? Na spokojnie możecie czytać, bo warto :)

5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić latem

5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić latem

Kilka dni temu rozpoczęło się lato, z czego jestem naprawdę bardzo zadowolona, bo to moja ulubiona pora roku (choć wiosnę też bardzo lubię). Latem najczęściej są festiwale, koncerty, czy można posiedzieć nad wodą. Upał? Trudno, coś za coś! Latem nie możemy zapominać także o książkach, dlatego przygotowałam kilka punktów, które każda książkara powinna odhaczyć latem.



Kupić książkę na wakacjach
Jedni przywożą pamiątki, a książkary przywożą... książki! W tamtym roku, będąc na prawie każdym wyjeździe, wróciłam z książką, serio! I w sumie wyszło to całkiem przypadkiem. Moje koleżanki nad morzem patrzyły za magnesami, a ja znalazłam stoisko z tanimi książkami. Będąc we Wrocławiu, także z przyjaciółką wy haczyłyśmy książki, a zwiedzając Pragę, nie mogłyśmy ot tak ominąć czeskiej księgarni, aby sobie chociaż troszkę pooglądać... Więc czemu nie powtórzyć tego w tym roku?

Poczytać nad wodą
(lub w innym miejscu, które kojarzy Ci się z latem, jeśli nie lubisz przebywać nad wodą)
Chodzi po prostu o to, aby zabrać książkę na wakacje (lub poczytać tą kupioną na wakacjach). Urlop, czy wakacje z reguły służą po to, aby wypocząć, a jak można lepiej wypocząć, niż czytając?

Odwiedzić fajne, książkowe miejsce
Tak, to było już w zestawieniu wiosennym, ale lato również sprzyja w odwiedzaniu nowych miejscówek, nawet bardziej, niż wiosna, więc nie mogło go zabraknąć na tej liście.

Przeczytać książkę z dzieciństwa
Zawsze to jakaś odmiana, prawda? Pamiętasz, jaka była Twoja ulubiona książka za dzieciaka? Czemu po nią nie sięgnąć raz jeszcze? Ja się jeszcze zastanawiam, czy przeczytać ponownie Anię z Zielonego Wzgórza, Dzieci z Bullerbyn, czy kolejną część Harry'ego Pottera, którego reread zaczęłam w tym roku.

Przeczytaj książkę, która leży na kupce wstydu
A to jest taki punkt, dzięki któremu w te lato poczujemy się lepiej. Bo zawsze to przyjemniej, gdy wiesz, że na Twojej kupce wstydu jest jedna książka mniej, prawda?

Podobają Ci się moje pomysły?
Gołoborze: Panna  ⸻ Aleksandra Seliga

Gołoborze: Panna ⸻ Aleksandra Seliga

     Powieść Aleksandry Seligi jest kolejną z tych, które mocno mnie zaintrygowały, gdy tylko o niej usłyszałam. Od razu czułam, że to będzie historia w klimatach, które bardzo lubię: słowiańska i jednocześnie z historycznym tłem. Pomijając wszelkie kontrowersyjne motywy w literaturze, to fantastyka z dawką historii, bądź romans z historycznym tłem, to jedne z moich ulubionych gatunków, a gdy są jeszcze słowiańskie klimaty, to już tak, jakby Peruna za nogi złapać :D. Panna to pierwszy tom, a aktualnie jest dostępny także i drugi. 



     Akcja powieści rozgrywa się na ziemiach Królestwa Polskiego za czasów Bolesława Krzywoustego w okolicach Łysej Góry. W niewielkiej wiosce w puszczy ścierają się ze sobą stare wierzenia z chrześcijaństwem. W okolicy wybudowano opactwo, a mnisi na siłę próbują wyplenić wiarę w pogańskie bóstwa: jest niespełna dwieście lat po tym, jak Mieszko I przyjął chrzest, a wiara Słowian, choć zanika, mimo wszystko wciąż ma się całkiem nieźle. Wciąż palono ogniska, wciąż składano ofiary rozmaitym bóstwom i istniało niemałe grono wyznawców. Gdzieś przeczytałam, że tę książkę przyrównywano do polskich Mgieł Avalonu (a ja Mgły Avalonu kocham całym serduszkiem) i się totalnie z tym zgadzam.
     Główna bohaterka to Nawojka: uczennica czarownicy, którą była jej babka. Starsza kobieta czuła, że kres jej dni jest bliski, więc postanawia przekazać moc wnuczce, a Nawojka przejmuje wszystkie obowiązki kapłanki: leczy ludzi, oraz prowadzi obrzędy, a także walczy z chrześcijaństwem, co obrała sobie za cel. Jednoczy się z innymi zielarkami i stale przeciwstawia się kapłanom nowej wiary.
     Ponadto Nawojka jest tak świetnie wykreowaną postacią! Silna i niezłomna czarownica, ale z ludzkimi słabościami, z którymi zmaga się przez całą książkę.

     Jestem również pod wrażeniem tego, jaki research autorka musiała zrobić, aby umiejscowić akcję w latach, w których się rozgrywa. Im wcześniejsze czasy, tym mniej o nich wiemy, a historia jednak doskonale oddaje klimat tamtych czasów. Ponadto bohaterowie także są ogromnym plusem tej książki, bo nie są papierowi: mają naprawdę dobrą kreację, a samą książkę się wręcz pochłania.

     Minusy? Nie znalazłam.
     Dlatego, bardzo polecam powieść Aleksandry Seligi i nie mogę się doczekać, aż dorwę w ręce tom drugi. 

5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić na wiosnę

5 rzeczy, które każda książkara powinna zrobić na wiosnę

Mamy właśnie środek wiosny, więc w sam raz, aby napisać parę sów o tym, co każda książkara, powinna zrobić wiosną, bo czasem warto się ruszyć i porobić coś jeszcze. Co prawda miałam już to wrzucić w kwietniu, ale jakoś ten czas uciekał.


1. Odkurzyć książki.
Widzisz tę stertę kurzu, która się zbiera na Twoich książkach? A może na półce (lub półkach) leżą jakieś niepotrzebne rzeczy? Wiosna to czas wiosennych porządków, więc warto zadbać też o nasze papierowe przyjaciółki.
2. Zrobić porządek w biblioteczce i pozbyć się książek, które są niepotrzebne.
Skoro już odkurzamy te książki, to może warto przeprowadzić zmiany w biblioteczce? Przeorganizować ją albo nawet pozbyć się części z tomów, które tam zalegają? Umówmy się szczerze, większości nie przeczytasz ponownie, a część z tych książek pewnie nawet Ci się nie spodobała, prawda? Warto je oddać albo sprzedać, aby mieć miejsce oraz pieniądze na nowe książki. Sama raz na jakiś czas robię taką selekcję książek: zostawiam te, które mi się bardzo podobały, które mają dla mnie jakieś znaczenie, czy wiem, że przeczytam jej ponownie, ewentualnie bardzo mi się podobają wizualnie. Zawsze mam jakiś inny powód niż tylko chęć posiadania kolejnej książki.

Autoreklama: zapraszam na mój Vinted, mam tam parę książek, a na dniach pojawią się pewnie kolejne! Link na pasku u góry strony :) 


3. Poczytać na dworze
Przyznaję się, że to jeszcze przede mną, ale warto wyjść i poczytać na balkonie, na ławce w parku, czy w ogródku. Gdziekolwiek, ale na zewnątrz. Przez całą zimę i pewnie jesień, byliśmy zamknięci w domach z powodu zimna (nie wspomnę o tych pandemicznych latach, gdzie też siedzieliśmy w domu), więc wyjście na świeże powietrze, zawsze będzie dobrym pomysłem.
4. Zrobić wiosenną sesję książce
Bo dlaczego nie? Weź jakąś książkę i zrób jej parę zdjęć, pokombinuj z kompozycją. Zdjęcia książek zawsze cieszą oczy.
5. Odwiedzić jakieś fajne, książkowe miejsce
Wspomniałam o wychodzeniu na zewnątrz, bo wiosna w ogóle sprzyja wychodzeniu. Jeśli nie lubisz jednak siedzieć na dworze, to może warto odwiedzić jakieś ciekawe książkowe miejsce? Po całej Polsce są rozsiane różne knajpki związane z literaturą, więc jeśli coś znajduje się blisko Ciebie, to może warto tam zajrzeć?

A według Ciebie, co każda książkara powinna zrobić na wiosnę? 
Gałęziste ⸻ Artur Urbanowicz

Gałęziste ⸻ Artur Urbanowicz

     Na Gałęziste po raz pierwszy natknęłam się kilka lat temu, gdy zaledwie raczkowałam w czytaniu słowiańskich książek i wtedy też je pochłonęłam, jeszcze w tym starym wydaniu. Pamiętam, jak bardzo podekscytowana byłam, gdy zamawiałam nową wersję tej powieści, aczkolwiek po prostu leżała sobie na półce przez długi czas. Leżała i leżała, aż w końcu w kwietniu mnie coś tchnęło i postanowiłam po nią sięgnąć. Nowe wydanie posiada przepiękne ilustracje i twardą oprawę, a także podobnież tekst został przeredagowany. Naprawdę można nacieszyć oczy tą książką.



    W powieści poznajemy Karolinę i Tomka, którzy pomimo różnic są ze sobą od paru już lat. Żeby było ciekawiej, Karolina to praktykująca (naprawdę bardzo praktykująca) katoliczka, natomiast Tomasz to z kolei zatwardziały ateista. Co ich tak naprawdę połączyło i jak ze sobą funkcjonują, nie wiem, ale chyba średnio im to wychodziło, ponieważ w chwili, gdy ich poznajemy, w związku nie dzieje się najlepiej, dlatego dziewczyna, chcąc go ratować, wymyśliła podczas świąt Wielkanocnych wspólną wycieczkę do Suwałk, mając nadzieję, że ten wyjazd na nowo zacieśni ich relację. Mężczyzna jest oporny, ale zgadza się na to, wybierając po prostu mniejsze zło i razem wyruszają ku przygodzie.

Kara, aby była karą, musi mieć też charakter wychowawczy.

    Tych im nie brakuje, ponieważ dojeżdżając na miejsce, okazuje się, że w pensjonacie, w którym wynajęli pokój, nie ma nikogo, jednak w ramach rekompensaty zapominalscy właściciele, skierowali ich do swoich znajomych i opłacili nocleg w urokliwej osadzie Białodęby w samym środku lasu.
Szybko się okazuje, że to nie jest zwykłe miejsce, a lasem włada pewien potężny demon, któremu cześć oddają Jaćwingowie, czyli taka bodajże etniczna(?) mniejszość żyjąca na tamtych terenach, a przy tym bardzo nienawidząca chrześcijan, z których co roku składają ofiarę. Sęk w tym, że na cel obrali sobie rzecz jasna Karolinę i od tego momentu cała akcja się zagęszcza.

    Co mi się podobało?
    Gdybym miała określić książkę tylko jednym słowem, wcale długo bym się nie zastanawiała; genialna. Fajni bohaterowie, świetnie prowadzone wątki, mnóstwo zwrotów akcji. Trzeba przyznać autorowi punkty za wyobraźnię i umiejętność trzymania w napięciu. Mam ogromną ochotę sięgnąć po inne książki tego autora i z przyjemnością to uczynię!

W lesie umarłaś, w las się obrócisz.

    No i jestem autorowi wdzięczna za coś jeszcze. Leszy — czyli demon, który opiekował się lasem. Bardzo podobało mi się wykorzystanie motywu Leszego, choć mam parę słowiańskich książek za sobą, to we wszystkich były, albo szeptuchy, albo upiory i ci, którzy z nimi walczą, a tutaj mamy coś zupełnie innego. Zwłaszcza że postać Leszego, od zawsze bardzo mnie intryguje — prawdopodobnie ma to związek z moim zamiłowaniem do lasów i wędrówek po nich. Dodatkowo przedstawienie puszczy, jako potęgi, a zarazem w pewnym sensie i świętości. Bardzo przypadł mi ten motyw do gustu. No i na ogromny plus jest także sam pomysł z Jaćwingami — nigdy nie byłam na Suwalszczyźnie i nie przyszłoby mi do głowy, że gdzieś tam są pozostałości po właśnie takich plemionach, o których nie słyszałam, albo nie pamiętam, że słyszałam. Muszę dodać, że wierzenia słowiańskie są przeplecione z kulturą litewskich Jaćwingów. Pogańskie rytuały i różne dywagacje na temat religii, to także były bardzo interesujące wątki, które dołożyły swoją cegiełkę do tego, by sprawić, że „Gałęziste” są jeszcze lepsze.

Zastanawiające, że w całej tej wojnie pomiędzy ateistami a wierzącymi rozważa się tylko dwie możliwości – Bóg istnieje albo nie.
A co jeżeli jest trzecia…?

    Muszę także przyznać, że Artur Urbanowicz, zdecydowanie potrafi zaskakiwać. Zakończenie wbiło mnie w krzesło i rozłożyło na łopatki. W pierwszej chwili myślałam, że to sen, któregoś z bohaterów, ale nie, to nie tak. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, po skończeniu. Ale bardzo mi się podobało, takie przedstawienie sytuacji. Zwykłe; żyli długo i szczęśliwie, byłoby za proste. Znowu, gdyby „ci źli” wygrali, też byłoby za prosto i podejrzewam, że można byłoby się nawet oburzać, że jak to tak. Jednak to, co nam autor zaserwował, było zdecydowanie niespodziewane!


    Nie wiem, czy ta książka ma jakieś wady. No, może jedna postać wydała mi się ciut za idealna, ale to taki drugoplanowy pan, więc nie wiem, czy ma to jakieś znaczenie. Chociaż mam pewne zastrzeżenia do Karoliny, ponieważ momentami jej religijność była chyba przesadzona, a Tomek był trochę burakiem-cebulakiem i ta jego cecha mogła nieco irytować, choć mnie to bardziej śmieszyło. To trochę tak, jak w przypadku Gosławy z Kwiatu Paproci — wiele osób irytowała, a mnie po prostu śmieszyła.

    To był reread, czy udany? Zdecydowanie tak. Przyjemnie było się na powrót zanurzyć w świecie, który wykreował autor. I nadal podtrzymuję opinię, że jest to mój jeden z ulubionych slavicbooków. Polecam, bardzo, bardzo polecam!

To, że ktoś jest ateistą, nie oznacza od razu, że jest złym człowiekiem. Można być dobrym człowiekiem, ale nie wierzyć. A co więcej - mieć weselsze życie. Ateiści nie muszą nakładać na siebie jakiś chorych, ustalonych odgórnie ograniczeń. Hamować się tylko dlatego, że gdzieś jest tak napisane. Traktować czegoś jak największą świętość, choć nie jest tego warte. Powiedziałbym wręcz, że przez to wiara to największa słabość wierzących. Jakby spętani niewidzialnymi kajdanami, Czasem muszą odmawiać sobie przyjemności na rzecz niby wyższych idei. A to przecież prawie masochizm. A po co uprawiać masochizm na siłę?

Słowiańskie Baśnie i Bajki ⸻ Mieczysław Rościszewski

Słowiańskie Baśnie i Bajki ⸻ Mieczysław Rościszewski

    Pokazywałam Wam ostatnio na instagramie, że w kwietniu nabyłam sobie Baśnie i Bajki Słowiańskie, ponieważ bardzo mnie ciekawiły. Mówiłam również trochę o moich odczuciach względem nich, gdy czytałam na bieżąco i niestety nie były one tak pozytywne, jak zakładałam. Nie chcę również powiedzieć, że to jest zła książka, bo tego jednak rzec nie mogę.

    To zbiór opowiastek ludowych z różnych części Europy, zebrane przez Mieczysława Rościszewskiego, a właściwie przez Bolesława Londyńskiego, bo nazwisko na okładce, to jeden z pseudonimów autora. Jest to książka, którą Wydawnictwo Replika wznowiło, ponieważ pierwsza wersja ukazała się już wiele lat temu. Sądzę, że zebranie tylu opowieści i to z tak dużego obszaru jest godne podziwu, a jednak uważam, że tytuł książki jest zupełnie nieadekwatny. Bardziej by pasowało, aby słowo słowiańskie zamienić na ludowe, aby nie wprowadzać czytelników w błąd.
    Skąd mój zarzut? Osobiście uważam, że nie można uznać wszystkiego, co ludowe, za typowo słowiańskie, a tak to zostało przedstawione. Oczywiście, w kilku opowiadaniach występowały demony, które funkcjonują w naszej rodzimej mitologii, takie jak biesy, czy wodniki. Pojawiały się także przeróżne wiedźmy. Jednak ich odsetek był niewielki, za to było mnóstwo bajek o wilkach, owcach, czy głupich chłopach itp. Jednak, jakby nie było, są to baśnie zebrane z terenów krajów słowiańskich, a sama słowiańskość przetrwała w przekazach ludowych, więc może niepotrzebnie się czepiam, ale takie właśnie odniosłam wrażenie.


    Czy to źle? Tego bym nie powiedziała, jednak spodziewałam się czegoś innego. Sięgając po ten zbiór, liczyłam na więcej słowiańskich demonów, łaknęłam opowieści o topielcach, zmorach, lichu, domownikach i innych. I nie dostałam tego, czego oczekiwałam.
    Baśnie i bajki zostały podzielone krainami alfabetycznie, co też nie uważam za nie najlepszy zabieg, ponieważ zaczynając od bułgarskich, czy bośniackich, gdzie jest trochę nawiązań do Imperium Osmańskiego, można się zrazić. Dla mnie był to miły akcent, ponieważ parę lat temu bardzo interesowałam się nowożytnym Imperium Osmańskim i jestem obeznana w temacie, ale jeśli ktoś jest w tym zielony, to czytając o tym, może się lekko zgubić. Mimo wszystko nie uznałabym jednak tego za poważną wadę.


    Były jednak w książce utwory, które naprawdę mi się podobały, a kilka tekstów zaskoczyło. No i wielu z nich nie znałam, choć przewijały się baśnie i bajki, które już gdzieś czytałam, bądź słyszałam. Choćby ta o Białośnieżce, choć pierwsze słyszę, aby była to polska opowiastka. Nie uważam jednak, aby to były bajki i baśnie skierowane dla dzieci, raczej dla starszego czytelnika, który po prostu interesuje się słowiańskimi tematami.
    Na plus dla tej powieści jest także to, że wydanie posiada ilustracje, a to zawsze jakieś ciekawe urozmaicenie. No i warto wspomnieć, że to twarda oprawa, więc nie ulegnie tak szybko zniszczeniu. Kolejnym jej atutem jest także prosty język i fakt, że czytało się ją naprawdę szybko.
    Uważam, że to bardzo przeciętna książka, jednak nie odradzam. Warto sięgnąć po nią choćby z czystej ciekawości bądź po prostu z nudy. 

Kawiarnia Harry'ego Pottera w Łodzi ⸻  Espresso Patronum

Kawiarnia Harry'ego Pottera w Łodzi ⸻ Espresso Patronum

    Jestem totalnie zafiksowana na punkcie Harry’ego Pottera i wszystkiego, co z nim związane. Kilkanaście razy przeczytałam książki i obejrzałam filmy, a także spędziłam godziny na pisaniu oraz czytaniu fanfiction w tym uniwersum: od tego też zaczęła się moja przygoda z pisaniem, tak btw. Mam parę ubrań fandomowych i pierdół, a ostatnio, jeżeli tylko mogę, to odwiedzam lokale, które są zainspirowane historią Chłopca-Który-Przeżył. W zeszłe lato byłam dwukrotnie we Wrocławiu w Pubie Pod Trzema Miotłami (ten post nadal wisi w kopiach roboczych nieopublikowany xd), a w kwietniu odwiedziłam Espresso Patronum w Łodzi. Kawiarnia znajduje się na Piotrkowskiej 120, a moje pierwsze wrażenie było naprawdę pozytywne.


    Od samego wejścia czuć było ten potterowski klimat, więc myślę, że fani, tacy jak ja będą zadowoleni z odwiedzin tej miejscówki.
    Na wejściu jest niewielkie pomieszczenie z barem, ale na początku nie przyjrzałam mu się zbytnio, ponieważ, jak tylko weszliśmy, stało tam mnóstwo ludzi. Na szczęście udało nam się dostać stolik.     Choć na pierwszy rzut oka, lokal wydaje się malutki, to ma drugą nieco większą salę, gdzie znajduje się więcej miejsca oraz mnóstwo Potterowych dekoracji. I sama nazwa jest już urzekająca, bo nawiązuje do nazwy zaklęcia!

    W karcie znajdują się gofry na słodko oraz na słono, a także inne słodkości. Można napić się dobrej herbaty, czy koktajli alkoholowych, bądź nie i inne. Ja jadłam gofra na słono z czosnkiem bazylią i fetą i mój był naprawdę pyszny, a herbata z dodatkiem rozmarynu także mnie zachwyciła.


    W dekoracjach najbardziej urzekło mnie namalowane na ścianie drzewo rodzinne Blacków oraz klucze “latające” porozwieszane po lokalu. Można też zobaczyć tam choćby kultową Tiarę Przydziału!
    Ponadto w Espresso Patronum funkcjonuje sklepik z różnymi Potterowymi pamiątkami.
    Podsumowując: bardzo mi się to miejsce podobało, choć potterowska miejscówka we Wrocławiu bije je na głowę. Bardzo chętnie jednak wybiorę się tam po raz kolejny, jeżeli będzie okazja. Myślę, że fani Harry’ego Pottera naprawdę nie będą zawiedzeni odwiedzinami w Espresso Patronum.




A Ty byłeś/aś w jakimś Potterowskiem miejscu?

Copyright © Czarne Światło , Blogger