Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Marcelina i lampki, czyli kolejna sesja zdjeciowa

Marcelina i lampki, czyli kolejna sesja zdjeciowa

Już po świętach, ale nadal pozostaję w ich klimacie i chciałabym zaprezentować ostatnią wykonaną przeze mnie sesje zdjęciową. Razem z Marceliną, którą już nie po raz pierwszy fotografowałam, pomyślałyśmy, że możemy wykonać zdjęcia ze światełkami, wieczorem. Do tego dołożyłyśmy długą białą suknię i to wszystko dało efekt, który właśnie zobaczysz. Miałyśmy dwa rodzaje lampek; jedne w odcieniu ciepłym, drugie w chłodnym. Jedyne, co było niepomyślne to pogoda, ponieważ sesję wykonywałyśmy w kilkustopniowym mrozie, wiec tutaj brawa należą się Marcelinie.










Maxmodels Marceliny | Instagram Marceliny

Jak podobają Ci się zdjęcia?

Sesja zdjęciowa z Marceliną

Sesja zdjęciowa z Marceliną

 Dawno, oj bardzo dawno nie było tutaj takich typowo fotograficznych postów, więc pomyślałam, że trzeba to naprawić, tym bardziej, że ostatnio miałam okazję współpracować z Marceliną, która chce rozwijać się w modelingu [instagram Marceliny].  To miła odmiana od chrztów i imprez, których wykonuje najwięcej, a także ważna lekcja dla mnie. Oto, co udało nam się razem zdziałać. 














Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w Sochaczewie; ruiny zamku Książąt Mazowieckich, Bulwary nad Bzurą. Wykonałyśmy także kilka fotografii na nowym amfiteatrze, ale nie chciałam wstawiać całej sesji, bo tych zdjęć byłoby naprawdę dużo. Marcelinę poznałam na maxmodels i obie byłyśmy zadowolone z tej współpracy na tyle, że dzisiaj wykonałyśmy kolejną sesję, bardziej w klimatach jesiennych, oraz z lustrem.

Zapraszam także też na facebooka/instagrama mojego, jak i Marceliny, gdzie także pojawiły się zdjęcia i prawdopodobnie też takie, które nie zostały opublikowane tutaj. 

Wrażenia po pierwszym ślubie jako fotograf + moje błędy.

Wrażenia po pierwszym ślubie jako fotograf + moje błędy.

Te październikowe dni mi lecą jeden za drugim i nie mogę się jakoś zebrać, aby usiąść i cos tutaj dodać, bo naprawdę mi one uciekają. Jednak wydarzyło się coś, czego zdecydowanie pominąć nie mogę i o tym dzisiaj opowiem. Ostatnio miałam przyjemność uwieczniać uroczystość ślubu Asi i Rafała, za co byłam im bardzo wdzięczna, że dali mi taką możliwość, ponieważ nie każdy chce zaufać osobie bez doświadczenia w temacie i bez portfolio ślubnego.

Tak, to byłam ja. 

Co zabawniejsze, na samiutkim początku swojej drogi fotograficznej w celach zarobkowych (czyli ponad rok temu), twierdziłam, że absolutnie nie pójdę w śluby. Uważałam, że to jednak duża odpowiedzialność, że sobie nie poradzę, oraz że to jest masę pracy, w którą niekoniecznie chcę się bawić.

Sęk w tym, że ja naprawdę lubię wesela. A nawet uwielbiam. Uważam, że mają swój unikalny klimat, którego żadna inna impreza nie jest w stanie oddać. I mówię tutaj o takim prawdziwym weselu z zespołem, z oczepinami i inne takie, które towarzyszą tylko wtedy. Być może niektórzy teraz uznają to za żenujące, czy ogólnie niefajne, negatywne. Nieważne, mi to się naprawdę podoba.

Nadal jednak uważam, że to ogromna odpowiedzialność i mnóstwo pracy, ale zmieniło się nieco moje nastawienie, bo już nie twierdzę, że do tego się nie nadaję. Choć nigdy nie byłam na ślubie, jako fotograf (chciałam iść jako drugi w zeszłym roku, ale nie wyszło), to przez te miesiące zebrałam doświadczenie w reportażu

O dziwo nie denerwowałam się tak mocno, jak mi się wydawało, że powinnam. Wcześniej nerwy zjadały mnie bardziej, czy sobie poradzę, albo czy nie przegapię jakiegoś ważnego elementu. W dniu ślubu tak naprawdę cały stres zszedł i gdzieś uleciał, a ja wiedziałam, że muszę po prostu być dobrym obserwatorem i słuchać tego, co się dzieje wokół.

Tak naprawdę do samej ceremonii podeszłam tak, jak do chrztu, a akurat tutaj mogę śmiało powiedzieć, że mam już doświadczenie. Sam reportaż nie jest mi obcy, o czym już wspomniałam wyżej. O wiele bardziej denerwowałam się sesją plenerową, którą dzisiaj wykonywałam, bo nadal mam problem z ustawianiem ludzi do zdjęć i nie czuję się jeszcze tak pewnie na tym polu, jak bym chciała. W reportażu nie musze tego robić, po prostu dokumentuje to, co się dzieje. 

Nie było jednak tak kolorowo, jakbym chciała i popełniłam kilka rzeczy, których wolałabym, aby się nie zdarzyły.



Błędy, które popełniłam

Na całe szczęście nie zrobiłam niczego bardzo złego, nie odwaliłam, żadnej dziwnej akcji, ale zdarzyły mi  się trzy takie małe wtopy. 

Pierwsza mogła by się wydawać banalna; źle zaparkowałam samochód pod kościołem i potem miałam problem wyjechać i musiałam przepuścić większość gości. Przez to zrobiłam coś, co nie powinno mieć miejsca, byłam daleko za młodymi i nie udało mi się uchwycić jednej bramki, ponieważ nie zdążyłam tam dotrzeć.  

Druga rzecz, też nie powinna się była zdarzyć i to już była kwestia trochę mojego zapominalstwa, oraz troszkę tego, że nie przemyślałam sprawy. Nie zrobiliśmy zdjęcia grupowego. Później zdałam sobie sprawę, że powinno być ono na początku, kiedy goście są jeszcze trzeźwi, oraz jest jasno, a akurat przed salą była taka możliwość, bo był całkiem ładny teren wokół. Nie przemyślałam tego, bo zazwyczaj na chrztach grupowe robiłam na końcu, a tutaj to by nie wypaliło, bo sala była mała, więc w środku tak średnio, a na zewnątrz ciemno i nie byłam na 100% pewna, czy by lampa dała radę, a zresztą goście też już byli w różnym stanie, więc to też troszkę nie tak.

Teraz coś błahego, ale dopiero w trakcie przeglądania materiału, ogarnęłam, że nie zrobiłam z bliska zdjęcia bochna chleba, gdy panie z remizy stały w drzwiach, aby za chwilę powitać Młodych. Skupiłam się bardziej na samej parze. Oczywiście mam go uchwycony na zdjęciach, choćby z tych z powitania Pary Młodej, ale jednak myślę, że powinnam jeszcze taki kadr wykonać.

Więcej porażek nie pamiętam, wszystkich zdecydowanie żałuję.

Czy było coś, co mnie zaskoczyło tego dnia?

Życzenia. Nie sam fakt ich bytu, ale to, że tak naprawdę wtedy trzeba było cały czas pstrykać. Na weselu nie było kamerzysty, więc to ja musiałam wszystko uwiecznić i życzenia okazały się dosyć dynamicznym i wymagającym momentem. Chyba nic więcej mnie nie zaskoczyło, aczkolwiek wcześniej przeczytałam i obejrzałam mnóstwo poradników dotyczącej fotografii ślubnej. Chciałam być przygotowana na każdą ewentualnosć.

Mimo wszystko jestem naprawdę dumna z tego reportażu i wykonałam mnóstwo zdjęć, o wiele więcej, niż się umawialiśmy. Zawsze podczas selekcji usuwam te nieostre i nieudane kadry i zostawiam te, które uważam za zajebiste i bardzo dobre i jeszcze tylko te dobre, tak na wszelki wypadek, aby mieć z czego wybrać. Tutaj mogę pozwolić sobie, aby te dobre po prostu odrzucać, bo mam tak dużo materiału. 

Kwestie techniczne

Na ślub poszłam z dwoma aparatami. Główny to Canon 60d, którym fotografuję od kilku miesięcy, a podpięty na nim miałam obiektyw Canon 35 mm i większa połowę wesela robiłam właśnie tym obiektywem. Do niego miałam także lampę reporterską Yongnuo, modelu nie pamiętam, w każdym razie wiem, że trochę przepłaciłam, gdy ją kupowałam, bo wszystko i tak ustawiam manualnie i żadne tryby TTL i inne, które posiada, tak naprawdę nie są mi potrzebne. Drugi aparat to mój poczciwy Canon 1200d, do którego miałam podpiętego... KITa. Tak. Zabrałam go, bo pomyślałam, że przyda mi się do zdjęcia grupowego (którego nie zrobiłam) oraz dlatego, że nie wiedziałam, jak jest w kościele, bo nie udało mi się tego wcześniej sprawdzić. Wiedziałam także, że 35tka będzie za ciasna podczas błogosławieństwa. No i nauczona tez doświadczeniem, aby zawsze go ze sobą mieć w przypadku małej sali. Wesele nie było wielkie, odbywało się w remizy, więc sala też nie była dużych rozmiarów i bardzo dużo fotografii wykonałam właśnie KITem, który całkiem sobie poradził.

W kościele fotografowałam na dwa aparaty, aby nie przełączać obiektywów, zresztą, nie miałam na to czasu. To nauczyło mnie, że jeśli będę miała więcej ślubów, to koniecznie muszę kupić sobie szelki fotograficzne. Jednak Polak potrafi, jak chcę to mogę być kreatywna i ich brak mi aż tak nie zawadzał, bo wspomagający aparat przymocowałam do... paska, który miałam zapięty w talii. Swoją drogą musze chyba zrobić post o tego typu ciekawych rozwiązaniach "bieda-fotografa", bo jest tego więcej XD. To też mnie utwierdza w przekonaniu, że potrzebuję sobie kupić zooma, ale ten, który chcę, jest w cholerę drogi. Pięćdziesiątki nie podpinałam, bo nie ufam temu autofokusowi tam, więc nie chciałam ryzykować.

Na sali już nosiłam tylko jeden aparat, ponieważ drugi wiszący wzdłuż ciała przeszkadzał mi lawirować pomiędzy tańczącymi, bo musiałam na niego uważać. Jeśli potrzebowałam to po prostu zmieniałam obiektyw.

Fotografowałam przede wszystkim na trybie manualnym, gdzieś tam w którymś momencie pamiętam, że włączyłam ten półautomatyczny, ale to na chwilę. Pracowałam z lampą błyskową, więc musiał być manual. Jednak body wspomagające miałam później ustawione na automacie, ponieważ był moment, że mogłabym nie zdążyć zmienić ustawie i nie chciałam ryzykować; chodzi o wyjście z kościoła.

To chyba byłoby na tyle. Tutaj tylko kilka zdjęć obrobionych na szybko, ale część reportażu pewnie tutaj wrzucę, a jak nie, to będzie na fejsie, więc podlinkuję. Tak, jak i sesji plenerowej, która też całkiem nieźle wyszła!

Póki, co zapraszam też na mojego Tik Toka; czarne_światło gdzie już wisi sklejka z tego dnia!

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf i artystyczna sesja książkowa

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf i artystyczna sesja książkowa

Siostra Gwiazd autorstwa Marah Woolf to pierwszy tom cyklu Trzy Czarownice. Powieść, o której wcześniej nigdy nie słyszałam i wpadła mi w ręce przypadkiem. Dostałam ją w boxie książkowym, który miał być słowiański (ta książka zdecydowanie słowiańska nie była, ale opowieść wynagrodziła mi braki). Dostajemy ciekawie przedstawioną rzeczywistość; współczesność pełną magii. To dość rzadkie w książkach fantasy, ponieważ wszelkie opowieści o czarownicach i magach umieszczane są w realiach średniowiecznych, jednak tutaj autorka zrobiła zupełnie inaczej.

Akcja powieści dzieje się we Francji, gdzie jest granica, która oddziela świat ludzi od świata demonów. Setki lat temu ustanowił ją Merlin, aby zapanował pokój i aby chronić ludzi przed niebezpiecznymi potworami. Historia nawiązuje do legend arturiańskich, ale rozegrana jest w dzisiejszych czasach, o czym już powiedziałam. Bardzo często jest wspominana właśnie postać Merlina, Artura Pendragona, czy innych, a mieszkańcy wierzą, że setki lat temu oni naprawdę żyli.

Głowna bohaterka jest chora, po tym, jak została ukąszona przez demona i prawie umarła, więc wyjeżdża do Glastonbury, ponieważ to jej jedyna nadzieja, choć wcale nie chce opuszczać rodzinnych stron. Razem z nią jadą siostry, jednak zostawia przyjaciół oraz Ezrę; swojego najlepszego przyjaciela, w którym od dziecka jest zakochana.


Dwa lata później wraca całkiem wyleczona, ale... pozbawiona swojej magii. Przez długi czas sądzi, że właśnie to była cena za jej życie. Do swoich rodzinnych stron przybywa jednak z misją od Kongregacji (to ich człowiek ją uleczył), aby przekonać Wielkiego Mistrza Loży Merlina, by pozwolił Kongregacji negocjować pakt z królem demonów, który lada dzień wygasa. Tak się złożyło, że Wielkim Mistrzem został Ezra, po tym, jak jego ojciec zmarł, a brat przepadł bez śladu i robi wszystko, aby zapobiec wojnie.

Viviane wraca do zupełnie innej rzeczywistości; do innego świata, który zapamiętała. Sytuacja z dnia na dzień pogarsza się coraz bardziej, a ataki demonów się nasilają. Do tego Kongregacja i Loża Merlina nie mogą dojść do porozumienia właśnie wtedy, gdy powinni się zjednoczyć. Loża Merlina utrzymuje, że żądania demonów są nie do spełnienia, natomiast Kongregacja jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich, aby nawiązać pokój. Tyle o fabule.


Przede wszystkim muszę powiedzieć to, co najpierw przykuło mój wzrok i czym zachwyciłam, gdy wzięłam ją po raz pierwszy do ręki. Okładka i ogólnie oprawa graficzna powieści. Pierwszy tom serii Trzy Czarownice została wydana tak przepięknie, tak cudownie! Wydaje mi się, że wydawnictwo Jaguar bardzo dba o to, aby ich książki zatrzymywały swym wyglądem. W środku również jest przepięknie wydrukowana, zresztą widzicie to na zdjęciach. Siostra Gwiazd ewidentnie jest dopracowana w każdym calu! Już od jakiegoś czasu chciałam porobić jakieś artystyczne zdjęcia do okładek z książkami, ale nie było mi po drodze, albo nic mi nie pasowało do oprawy, a tutaj od razu pomysł wpadł mi do głowy.

Historię pochłonęłam błyskawicznie i po prostu nie mogłam się od niej oderwać, tak bardzo mnie wciągnęła. Sklasyfikowana jest jako młodzieżówka i słusznie, bo to w zasadzie jest lekka historia. Taka lekka do czytania fantastyka. Zupełnie niewymagająca. W zasadzie powiedziałabym, że to fantasy na pograniczu romansu z elementami fantastycznymi po prostu, bo jednak ten wątek miłosny przebija tu się później na pierwszy plan. Oczywiście dla mnie wcale to nie jest minus, jeżeli ktoś lubi takie powieści. Sama bardzo rzadko sięgam  takie typowe romansidła, ale nie mówię im nie.

Siostra Gwiazd
 posiada także delikatny wątek trójkąta miłosnego, czyli w tym przypadku jest główna bohaterka i dwóch bohaterów rywalizujących o jej względy, ale nie jest to nachalnie przedstawione. Zdecydowanie jeden z nich jest na pierwszym planie, a ten drugi trzyma się z boku, choć wszyscy wiedzą, co w trawie piszczy. To dla mnie na plus, bo nie lubię ogólnie wątku trójkąta miłosnego, gdzie jeszcze bohater się waha kogo wybrać i pół książki rozważa na ten temat.

Marah Woolf wykreowała wspaniały świat, który również całkiem nieźle wytłumaczyła tak, że czytelnik nie gubi się podczas czytania. Jest też bardzo różnorodny; mamy czarownice, magów (w powieści są podkreślone różnice między nimi), zwykłych ludzi, ale też całą masę demonów tych groźnych i tych całkiem przyjaznych. Wspomniane wyżej nawiązanie do legend Arturiańskich i do wierzeń bodajże celtyckich chyba (mogę się mylić, bo aż tak nie siedzę w temacie) według mnie to świetny pomysł. Nie wiem, czy nie trafiałam na tego typu historie, czy po prostu ta posiada w sobie pewną oryginalność.

Autorka też świetnie kreuje bohaterów. Poznajemy Viviane, jej siostry, Ezrę, Asha i genialnie stworzonego Caleba oraz innych. Każdy z bohaterów wzbudza inne odczucia, nie są zrobieni na jedno kopyto, a to jest bardzo ważne! Razem z Viviane mierzymy się z jej chorobą i misją, a z Ezrą podejmujemy poważne problemy, które posiada i odpowiedzialne decyzje. Asha nie lubię, co też oznacza, że Marah Woolf nadała mu inne cechy, niż reszcie, a sam Caleb wydaje się tak uroczy, że to niemożliwe.

Choć wspomniałam o dobrze wykreowanych bohaterach, to nie byli bez wad. Viviane momentami wydawała mi się zbyt naiwna i uważam, że zbyt wiele było w powieści jej rozterek miłosnych, ale to chyba jedyny minus tej powieści i wydaje mi się, że może denerwować innych, bo faktycznie zachowywała się wtedy jak infantylna nastolatka. Jednak z drugiej strony, to też dowodzi tego, że nie jest jak reszta bohaterów.


Aha i zakończenie... Nie mam pojęcia, jak można zakończyć historię w TAKIM momencie. To jest po prostu zbrodnia, tortura na czytelniku. Drugi tom Siostra Księżyca zostaje wydany we wrześniu i bez wątpienia po niego sięgnę.


Co do samych zdjęć, to ten pomysł wpadł mi nagle i nie mogłam doczekać się, aż go zrealizuję, tylko nie było mi z tym po drodze i miałam mniej czasu, niż zakładałam. Powiem też, że to wcale nie było takie proste zadanie, jak się wydaje, a makijaż tez przysporzył mi trochę trudu. Nie miałam pojęcia, że tak ciężko będzie pomalować usta na niebiesko :D Część zdjęć robiłam telefonem, część aparatem, bo samowyzwalacz nie chciał współpracować, ale efekt mimo wszystko mnie zadowala. 

Jak Ci się podoba efekt? Czy robić więcej takich książkowych sesji? 






Plener komunijny Nikoli

Plener komunijny Nikoli

 Zakładając tego bloga sądziłam, że będę tutaj wrzucała również fotografie z sesji, które wykonuję, ale życie mnie zweryfikowało i spłatało psikusa, ponieważ zamiast robić dużo sesji,  o jakich marzyłam stałam się bardziej fotografem reportażowym. I choć zazwyczaj mam zgodę na publikację, oraz kilka kadrów wstawiam na swoją stronę na facebooku, to jakoś dziwnie się czuję, gdy wstawiam kadry z większą ilością ludzi, bo choć mam zgodę od zlecających, to być może komuś uwiecznionemu na zdjęciu może się to nie spodobać. 

Dzisiaj jednak przychodzę z sesją tematyczną, czyli plenerem komunijnym Nikoli. Fotografowałam na jej komunii, oraz innego dnia wybraliśmy się do Punktu Widokowego w Granicy w pobliskiej Puszczy Kampinoskiej. 


W zasadzie coś takiego, jak plener komunijny to dla mnie nowość, w tym roku jakaś dziwna moda na to powstała, bo za moich czasów, gdy ja szłam do komunii, to zdecydowanie tego nie było, jednak to już minęło ponad dekadę od tego czasu. Pamiętam, że w zeszłym roku już widziałam pierwsze sesje komunijne, jednak gdy dwa lata temu mój brat miał komunie to wtedy jeszcze czymś takim nie słyszałam (inaczej Michał też miałby plener^^). Myślę jednak, że taka sesja to dla dziecka również fajna pamiątka, a nie tylko zdjęcia z kościoła, czy z sali, gdzie było przyjęcie. 




Co do samego miejsca wykonania sesji, to bywałam już tam wiele razy. Granica to miejscowość położona niemal w centrum Puszczy Kampinoskiej i to chyba najpopularniejsze miejsce do zwiedzania w tym Parku Narodowym. Kiedyś jako dziecko ze szkoły na wycieczkę jeździliśmy tam co roku, jednak Punkt Widokowy odkryłam całkiem niedawno, bo byłam tam na jesieni i od razu zakochałam się w tym miejscu. Osobiście podoba mi się te miejsce w scenerii jesiennej (na moim instagramie mam tam zrobione zdjęcia), jednak teraz latem również ma swój urok i wygląda zupełnie inaczej, niż je zapamiętałam.













Copyright © Czarne Światło , Blogger